Byli prezesi Elektrimu wzburzyli rynek

opublikowano: 2002-11-06 07:28

Byli szefowie Elektrimu chcą blisko 8 mln zł odszkodowania od spółki. Reakcja — emocje, wzburzenie i dużo niecenzuralnych słów. Wielu zachodzi w głowę, jakim prawem takie roszczenia mogą wysuwać osoby odpowiedzialne za upadek firmy. Dlaczego jednak w sądzie ciągle nie ma kontrpozwów?

Od poniedziałku, gdy Elektrim ujawnił żądania Barbary Lundberg i Waldemara Siwaka, na rynku wrze. Po serii skandali wywołanych wysokimi odprawami i opcjami dla szefów firm zachodnich (piszemy o tym na str. 11) przyszła pora na „polskie ABB“. Inwestorzy i analitycy są oburzeni roszczeniami prezes Lundberg (jej pozwem warszawski sąd pracy zajmie się 6 lutego 2003 r.). W ich opiniach górę biorą jednak emocje. Obwinianie byłej szefowej za obecną sytuację spółki nie jest nowością. Ale też do tej pory nikt, kto czuje się poszkodowany przez prezesów Elektrimu, nie skorzystał z oczywistego prawa do dochodzenia swoich praw przed sądem. Nie zrobił też tego sam holding.

— Sprawa poddawana jest analizie prawnej — mówi Wojciech Janczyk, prezes Elektrimu, odpowiadając na pytanie, czy spółka wytoczy proces wcześniejszym zarządom.

Spółka wyraźnie nie ma zamiaru dobrowolnie porozumieć się z Barbarą Lundberg i Waldemarem Siwakiem.

— Będziemy dbali o interes spółki — mówi jedynie enigmatycznie obecny szef Elektrimu.

Przypomnijmy, że Barbarę Lundberg odwołano w maju 2001 r. Jak widać, półtora roku to dla Elektrimu za mało na złożenie dokumentów w sądzie.

Personalny scenariusz w Elektrimie zawsze jest ten sam — najpierw w zarządzie pojawia się nowa osoba, która ma wizję, perspektywy i poparcie akcjonariuszy lub rady nadzorczej (w przypadku tej spółki poparcia nie zawsze są tożsame), a przy odwołaniu zawsze pojawiają się kontrowersje.

Wystarczy przypomnieć kadencję Jacka Krawca, który miał nadgonić zmarnowany przez Waldemara Siwaka czas na negocjacje z obligatariuszami, a kiedy był odwoływany, to nie dość, że do ugody było jeszcze dalej, to światło dzienne ujrzały umowy, których sens był co najmniej dyskusyjny. Dlatego też obecne spory nie mogą dziwić. Na rezultaty ewentualnych postępowań sądowych trzeba będzie pewnie długo czekać, a sprawy wcale nie muszą skończyć się pozytywnie dla firmy.

Analitycy pytani o ocenę pracy Barbary Lundberg w Elektrimie dają jej najniższe z możliwych not. W dwukrotnie sporządzanej przez nas sondzie praktycznie każdy analityk obarczał byłą prezes największą odpowiedzialnością za doprowadzenie Elektrimu na skraj bankructwa. Tym razem nic się nie zmieniło. Odpowiedzi są podobne. Ale tak jest teraz, bo dwa lata temu opinie były zupełnie inne.

— Wysoko oceniam kompetencje zarządu Elektrimu. Spółka ma ciekawy plan internetowy — mówił w 2000 roku Tomasz Stadnik, wówczas doradca inwestycyjny Credit Suisse Asset Management.

— Bardzo obiecująco prezentuje się częściowo ujawniona strategia internetowa — dodawał Zbigniew Łapiński, analityk Deutsche Banku.

Na inwestycjach internetowych spółka straciła kilkadziesiąt milionów dolarów. Nie ona jedna zresztą. Taki los podzieliły chyba wszystkie firmy zapatrzone wówczas w inwestycje w sektor nowych technologii.

Więcej w środowym "Pulsie Biznesu".

Zapraszamy do lektury!