Kwalifikowane usługi certyfikacyjne są wielokrotnie droższe od niekwalifikowanych. Firmy świadczące je twierdzą, że wynika to głównie z większego bezpieczeństwa certyfikatów służących do składania e-podpisów wiążących z mocy prawa. Poza tym, aby wykonywać takie usługi, musiały ponieść koszty obowiązkowych ubezpieczeń.
Do rejestru kwalifikowanych podmiotów świadczących usługi certyfikacyjne zostały dotychczas wpisane cztery firmy. W kolejności uzyskiwania wpisów są to szczecińskie Unizeto oraz mające siedziby w Warszawie: Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, TP Internet i Krajowa Izba Rozliczeniowa. Z formalnego punktu widzenia, tylko one mogą na razie wystawiać certyfikaty służące do składania podpisów elektronicznych, mających charakter wiążący z mocy prawa. W praktyce wybór jest jeszcze mniejszy. Tylko Unizeto i PWPW opublikowały bowiem na razie swoje cenniki. Wynika z nich, że za możliwość posługiwania się kwalifikowanym podpisem elektronicznym w okresie pierwszych dwóch lat od podpisania umowy z centrum certyfikacji trzeba zapłacić 1220-1409,10 zł brutto. To dużo, choć przedstawiciele firm wystawiających certyfikaty uważają, że wszystko zależy od tego, jak liczyć te koszty.
— Do ceny certyfikatu nie można wliczać kosztów karty mikroprocesorowej i czytnika. Idąc tą drogą, do kosztów związanych z korzystaniem z kwalifikowanego podpisu elektronicznego moglibyśmy doliczyć konieczność posiadania komputera. Wtedy koszty wzrosłyby nawet do 5 tys. zł — zaznacza Franciszek Wołowski, kierownik projektu Sigillum w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.
Prawda jest jednak taka, że mało kto ma zbędny czytnik kart mikroprocesorowych, mogący służyć do składania wiążących prawnie podpisów elektronicznych. Jeśli zaś chodzi o samą kartę, to centra certyfikacji zastrzegają, że przy podpisywaniu umowy jej zakup jest obligatoryjny. Więc nawet jeśli ktoś miałby w szufladzie najlepszą na świecie tego typu kartę, to na nic się mu ona nie zda. Warto też przypomnieć, że niektóre — obejmujące czytnik, kartę i certyfikaty — kompletne zestawy do składania podpisów niekwalifikowanych te same firmy sprzedawały i wciąż sprzedają poniżej 100 zł brutto. Nasi rozmówcy zgodnie jednak twierdzą, że porównywanie tych dwóch rodzajów ofert to nieporozumienie.
— One są podobne, ale inne. W przypadku składania podpisu niekwalifikowanego wystarczy włożyć kartę do czytnika i podać PIN. W podpisie kwalifikowanym dochodzi nowy element. Kwestia uwierzytelnienia środowiska, w którym składa się podpis. Służy do tego specjalne oprogramowanie, współpracujące tylko z kartą bądź kartami, na których zostały wystawione certyfikaty dla określonego klienta. Inny klient nie może już w tym samym środowisku złożyć wiarygodnego podpisu. Poza tym karta mikroprocesorowa karcie mikroprocesorowej nierówna. Te, które są wykorzystywane do przenoszenia certyfikatów kwalifikowanych, mają o wiele mniejsze prawdopodobieństwo wygenerowania tego samego klucza niż wykorzystywane do przenoszenia certyfikatów niekwalifikowanych — twierdzi Andrzej Ruciński, członek zarządu Unizeto.
Bez wątpienia na cenę certyfikatów kwalifikowanych wpływają też wymogi formalne stawiane podmiotom ubiegającym się o wpisanie do rejestru. Muszą one m.in. zawrzeć ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej, które w przypadku pojedynczego zdarzenia musi pokryć roszczenia opiewające na 250 tys. EUR.
— Trzeba jednak pamiętać, że z powództwa cywilnego ktoś może nas pozwać właściwie na dowolną kwotę — podkreśla Andrzej Bendig-Wielowiejski, prezes Unizeto.
Nic więc nie wskazuje na to, że certyfikaty służące do składania kwalifikowanych podpisów elektronicznych szybko stanieją. Tym bardziej że firmy świadczące takie usługi stawiają w pierwszej kolejności na użytkowników biznesowych.
— W pierwszym etapie nie stawiamy na klienta indywidualnego. Promujemy składanie drogą elektroniczną zeznań podatkowych przez firmy. Czy dla firmy, składającej kilkaset takich dokumentów rocznie, kilkaset złotych za możliwość składania ich w formie elektronicznej to dużo? — pyta Franciszek Wołowski.
— Czy szanująca się firma nie postawi firewalla, aby zabezpieczyć swoje połączenia internetowe? Tymczasem przeciętny Kowalski łączy się przez niczym niezabezpieczony modem — dodaje Andrzej Ruciński.
Z podpisem elektronicznym będzie jednak zapewne tak jak z telefonami komórkowymi. Większa liczba klientów doprowadzi do obniżki cen. Obniżka cen przyciągnie nowych klientów. To z kolei doprowadzi do kolejnej obniżki cen... I tak dalej.
Dla upowszechnienia się podpisu elektronicznego wśród użytkowników indywidualnych na pewno istotna też będzie data 15 sierpnia 2006 r. Wtedy to miną cztery lata od wejścia w życie ustawy o podpisie elektronicznym. A w takim właśnie terminie organy władzy publicznej mają umożliwić wnoszenie podań i wniosków opatrzonych e-podpisem.
— To na pewno wpłynie na zainteresowanie usługami certyfikacyjnymi klientów indywidualnych. Nawet wtedy nie będzie jednak tak, że każdy będzie korzystał z podpisu elektronicznego. Będzie tak jak z kontami bankowymi, za pomocą których można opłacać rachunki w drodze polecenia zapłaty czy zleceń stałych. Choć istnieją takie możliwości, wciąż wiele osób woli stać w kolejce do okienka — przewiduje Franciszek Wołowski.
Jeśli jednak centrom certyfikacji uda się zrealizować plany i przed 15 sierpnia 2006 r. sprzedać 1,5 mln kwalifikowanych certyfikatów, to choćby kupiły je wyłącznie firmy, istnieje pewna szansa na to, że spowoduje to ich szerokie wykorzystanie w sprawach prywatnych.
— Kolejność będzie oczywiście taka: najpierw firmy, potem klienci indywidualni. Upowszechnienie kwalifikowanego podpisu elektronicznego wśród użytkowników prywatnych może jednak nastąpić szybciej niż się wydaje. Certyfikat zawsze jest bowiem przypisany do konkretnego człowieka. Nawet jeśli jest to certyfikat kupiony przez firmę, to zawsze jest on przypisany do konkretnego pracownika. Wydaje się, że nie ma żadnych przeciwskazań, aby używać takiego certyfikatu do weryfikacji podpisów składanych przez pracowników w ich prywatnych sprawach — twierdzi Andrzej Bendig-Wielowiejski.
