Chadecja pewna utrzymania steru

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2014-05-21 00:00

Wybory do Parlamentu Europejskiego (PE) zaczynają się już 22 maja od Wielkiej Brytanii i Holandii, jako że w obu tych królestwach tradycyjnym dniem głosowań jest akurat czwartek.

Później pojedyncze kraje wybierają w piątek i sobotę, ale obywatele aż 20 z 28 państw, w tym Polacy — wrzucają kartki do urn w niedzielę 25 maja. Wyniki wszystkich głosowań wcześniejszych pozostają utajnione aż do niedzielnego wieczoru. Dlatego polska kampania może trwać w piątek do północy i na pewno nie odbiją się na niej rezultaty, powiedzmy, brytyjskie.

Wewnętrzną sprzecznością wyborów teoretycznie do ponadnarodowego PE jest ich całkowita… krajowość. Tak naprawdę w długi weekend odbywa się 28 odrębnych głosowań, będących mutacjami, a czasem wręcz karykaturami wyborów do parlamentów państwowych. Tematy ogólnounijne dla statystycznego wyborcy są zbyt wielką abstrakcją, dlatego nie tylko w Polsce kandydaci walczą hasłami i obietnicami skopiowanymi z wyborów krajowych, a nawet z… samorządowych. Ten ostatni chwyt w Polsce jest całkiem logiczny, wszak wójtów/burmistrzów i radnych wybieramy już 16 listopada.

Dualizm wyborów do Parlamentu Europejskiego dotyczy również ich wyników. U nas wieczór wyborczy w niedzielę skoncentruje się na emocjach, czy w starciu PO z PiS padł remis, powiedzmy 19:19, czy któraś z tych partii jednak wygrała jednym mandatem. Ten rezultat nie ma jednak żadnego realnego znaczenia ani dla Polski, ani dla UE. Dla centrali w Brukseli liczy się tylko, iloma euromandatami PO i PSL zasilona zostanie Europejska Partia Ludowa (chadecja), a ile polskich szabel dostarczy socjalistom SLD-UP. Najświeższe sondaże wskazują, że chadecja jednak utrzyma w PE przewagę nad socjalistami, i to nie minimalną 215:210, lecz pewniejszą, mniej więcej 220:200. Ta proporcja będzie prawdziwym wynikiem eurowyborów, realnie wpływającym na przyszłość UE, czyli pośrednio i Polski.