„PB”: Jakie są pana zadania w resorcie?
Piotr Patkowski: W pewnym stopniu są kontynuacją tego, czym zajmowałem się w kancelarii premiera — to głównie odpowiedzialność za sprawny proces legislacyjny. Ministerstwo Finansów zgłasza uwagi praktycznie do wszystkich projektów, bardzo ważna jest więc współpraca z innymi resortami, kancelarią premiera, ministrem Łukaszem Schreiberem [m.in. przewodniczącym Stałego Komitetu Rady Ministrów — red.] i prof. Norbertem Maliszewskim, szefem Centrum Analiz Strategicznych. Druga moja rola w resorcie to funkcja Głównego Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych, a więc pilnuję, by urzędnicy wydawali publiczne pieniądze zgodnie z przepisami. To szeroki zakres spraw — od takich jak niewysłanie w terminie sprawozdania finansowego po kwestie o wiele poważniejsze, jak wydatki bez podstawy prawnej albo z przekroczeniem prawa. Trzecim moim obszarem są sprawy związane z projektami z zakresu polityki gospodarczej, wspieranymi przez ministra finansów. Do tej dziedziny należą m.in. rozwiązania proprzedsiębiorcze, jak projekt estońskiego CIT. Ostatnim moim zadaniem w resorcie jest pilnowanie, aby publiczne pieniądze były wydawane jak najbardziej efektywnie.
Jak określiłby pan swoje poglądy gospodarcze?
Moje osobiste poglądy gospodarcze nie mają kluczowego znaczenia w pracy w Ministerstwie Finansów, bowiem rząd, którego członkiem mam zaszczyt być, ma obowiązek realizować program społeczno-gospodarczy swojego zaplecza politycznego, a zatem Prawa i Sprawiedliwości. W sferze gospodarczej w Polsce poruszamy się od modelu bardzo liberalnego, który był realizowany przez Platformę Obywatelską, do modelu funkcjonującego dzisiaj — państwa, które wspiera przedsiębiorczość i daje dużą przestrzeń wolności gospodarczej, ale chce być również opiekuńcze dla słabszych, z sercem po stronie solidaryzmu społecznego. Dlatego w ostatnich latach aktywnie wspieramy takie dziedziny, jak służba zdrowia, zabezpieczenie społeczne czy polityka prorodzinna.
Czy zatem jest pan konserwatystą fiskalnym?
Często powtarza się taką niesłuszną tezę, że państwo nie powinno się zadłużać, że jest jak budżet domowy — powinno wydawać tyle, ile dostaje. To teza świadcząca o braku wiedzy o procesach gospodarczych i finansowaniu rozwoju społeczno- -gospodarczego. Budżet państwa uzyskuje kredyt dużo taniej niż przedsiębiorstwa. Lepiej, żeby państwo w odpowiedzialnych granicach zadłużenia stymulowało wzrost gospodarczy, niż żeby pozostawało bierne i żebyśmy stali w próżni gospodarczej. Chcę jasno powiedzieć, że finanse państwa są w dobrym stanie, a to, że w okres pandemii koronawirusa weszliśmy ze zrównoważonym budżetem, pozwala nam teraz aktywnie pobudzać gospodarkę do ponownego uruchomienia po okresie kilkutygodniowego lockdownu. Stąd nasza aktywność w zakresie tarczy aktykryzysowej i finansowej. Nie mam żadnych wątpliwości, że bez nich mielibyśmy już dwucyfrowe bezrobocie, a koszty gospodarcze i społeczne byłby znacznie większe niż wpompowanie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy blisko 100 mld złotych w polskie firmy na ochronę miejsc pracy, zapewnienie płynności finansowej i przetrwanie koronawirusa przez setki tysięcy małych i średnich przedsiębiorstw. Państwo liberałów w takiej sytuacji powiedziałoby zapewne: cóż, część musi upaść. My uważamy inaczej. Trzeba ratować wszystkich.
Skoro dług stymuluje gospodarkę, dlaczego w zeszłym roku rząd przedstawił projekt zrównoważonego budżetu?
Chcieliśmy dać rynkom wyraźny sygnał, że chociaż mamy bardzo ambitną politykę gospodarczą i wzrost wydatków socjalnych, to potrafimy stworzyć zrównoważony budżet. I to się udało. W czasach naszych poprzedników było zupełnie odwrotnie — nie było wydatków społecznych, a deficyt rósł. Jednym z powodów było kompletne nieradzenie sobie ekipy PO- -PSL z szarą strefą i gigantyczną luką VAT.
To pana dziennik opublikował w czasach rządów PO-PSL na pierwszej stronie głośny tekst, a w zasadzie cykl tekstów, pod tytułem: „Mafia leje bez VAT”. Odnosiło się to oczywiście do przestępstw w branży paliwowej, ale sektorów skażonych karuzelami vatowskimi było w tamtych latach znacznie więcej. Dziś ludzie, którzy nie potrafili sobie poradzić z tym zjawiskiem, zarzucają nam nadmierne zadłużanie albo zbytni fiskalizm. Albo nie rozumieją, jak działają finanse publiczne, albo nie mają czystych intencji. Choć w tym wypadku jedno nie wyklucza drugiego.
Zmiany w stabilizującej regule fiskalnej, które niedawno przeprowadzili państwo przez parlament, umożliwiają jej poluzowanie w okresie 2-4 lat w zależności od tego, jaka będzie sytuacja gospodarcza i epidemiczna. W tym czasie dodatkowe wydatki mogą zwiększyć zadłużenie Polski powyżej konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Co potem? Czy ta ustawa nie przerzuca odpowiedzialności za wymuszoną politykę zaciskania pasa na kolejny rząd?
Bylibyśmy skrajnie nieodpowiedzialni, gdybyśmy nie zrobili projekcji na kilka lat w przód, czym takie poluzowanie mogłoby skutkować. W podstawowej projekcji uwzględniliśmy zwiększenie wydatków publicznych o nadwyżkę wynikającą z poluzowania reguły. Zostało to dostosowane do wzrostu PKB, bo w przyszłym roku i kolejnych latach zakładamy odbicie. W każdym ze scenariuszy przyjęliśmy jednak ścieżkę powrotu do takiej relacji długu do PKB, jaka była przed pandemią i poluzowaniem reguły wydatkowej. Wprowadziliśmy limit czasowy powrotu do normalności, wynoszący cztery lata. Obecnie jednak wszystko wskazuje na to, że nie zostanie w całości wykorzystany. Chcemy jak najszybciej pobudzić gospodarkę.
Wśród pana obowiązków jest dbanie o racjonalność wydatków publicznych. W tarczy antykryzysowej są zapisy ułatwiające zmniejszanie liczby etatów w administracji państwowej. Czy to oznacza, że szykują się masowe zwolnienia?
W tarczy 2.0 umożliwiliśmy szukanie oszczędności, także w administracji publicznej, gdyby sytuacja była bardzo zła. Na szczęście już wiemy, że najgorszy scenariusz się nie ziścił, i mamy nadzieję, że już się nie ziści. Od początku jednak nikt nie mówił o zwolnieniach czy obniżaniu pensji. Chodzi np. o szukanie oszczędności poprzez niezatrudnianie na etaty zwalniane przez osoby odchodzące na emeryturę.
Najnowszym pomysłem Ministerstwa Finansów jest tzw. estoński CIT. Jakie inne reformy uważa pan za konieczne?
Na razie skupiamy się na firmach, bo to nam zagwarantuje szybkie odbicie po kryzysie i wysoki wzrost PKB w kolejnych latach. Docelowo warto zastanowić się nad likwidacją klina podatkowego i podążaniem taką ścieżką, by osoby mniej zarabiające mogły płacić trochę niższy PIT.
Niedawno powiedział pan, że na przełomie czerwca i lipca należy spodziewać się nowelizacji ustawy budżetowej. Koszty tarcz antykryzysowych, wstrzymanie aukcji na częstotliwości 5G i przełożenie reformy OFE sugerują, że deficyt będzie w tym roku rekordowy.
Nie ukrywamy, że deficyt będzie wyraźny, ale też sama Unia Europejska mówi, że ten rok dla finansów publicznych nie będzie najlepszy, co jest zrozumiałe. Lepiej więc zmieścić wszystko w tegorocznym budżecie, a w przyszłym roku już się odbudowywać. Po maju deficyt wynosi 25,9 mld zł. Jest bardzo prawdopodobne, że w nadchodzącej nowelizacji budżetowej dołożymy wydatki związane z inwestycjami publicznymi. Wciąż staramy się dbać o fundusze na takie przedsięwzięcia, czemu ma służyć m.in. Fundusz Inwestycji Samorządowych zaproponowany przez pana prezydenta Andrzeja Dudę. Robimy to jednak w taki sposób, by w przyszłym roku móc ograniczać zadłużenie i wrócić na ścieżkę zrównoważonych finansów publicznych