Od kilkunastu miesięcy Pekin stara się zmienić priorytety by zmniejszyć relację pomiędzy skalą wzrostu gospodarczego a wielkością eksportu i inwestycjami napędzanymi kredytami.
Eksperci wskazują, że poprzez masowe inwestowanie w nieruchomości i przemysł kraj traci przewagę kosztową począwszy od sektora górniczego, poprzez elektroniczny do motoryzacyjnego i tekstylnego. Systematycznie rosną wynagrodzenia, a spada stopa zwrotu z inwestycji.
Mając na uwadze spadające tempo wzrostu PKB, zarówno prezydent Xi Jinping i premier Li Kegiang szukają możliwości uniknięcia kryzysu finansowego, na wzór tego ze Stanów Zjednoczonych, którego rezultatem były bankructwa na masową skalę i wzrost bezrobocia.
Podjęte działania grożą jednak deflacją. I mimo, że wydaje się ona mało prawdopodobna w gospodarce, która rośnie w tempie 7,5 proc. rocznie, gdzie ceny zwiększają się średnio o 2,7 proc., to jednak ekonomiści wskazują na ogromne podobieństwo do sytuacji w Japonii z roku 1989, na dwa lata przed jej upadkiem.
Podobnie jak Japonia, Chiny opierały się do tej pory na bankach, pompujących środki w inwestycje w branżach eksportowych do tworzenia miejsc pracy i rozwoju finansów. W zamian, stopy procentowe zostały uregulowane w celu zapewnienia bankom „rozsądnego” zysku. Ponieważ najbardziej dochodowe kredyty to te skierowane do kredytobiorców, charakteryzujących się najmniejszym ryzykiem banki skoncentrowały akcję kredytową na dużych przedsiębiorstw państwowych. Jak wynika z szacunków banku JPMorgan chase z Hongkongu, o ile w Japonii wartość kredytów w relacji do PKB wzrosła ze 127 proc. w roku 1980 do 176 proc. w roku, to w przypadku Chin zwiększyła się ze 105 proc. w roku 2000 do 187 proc. w roku ubiegłym.
Porównanie do Japonii jest w pełni uzasadnione i stanowi ogromny czynnik ryzyka – ocenia Changyong Rhee, szef ekonomistów w Asian Development Bank.