Chodzi nie tylko o finanse

Wojciech Kmita
opublikowano: 2003-10-27 00:00

Problemów związanych z regulacjami farmacji nie brakuje, tymczasem system jest bliski zapaści, a prawa pacjenta — zagrożone.

Obowiązujące od ponad roku prawo farmaceutyczne wprowadzano w życie w nerwowej atmosferze. Praktycznie od początku mówiło się, że nie jest ono najlepsze, czego efektem były nowelizacje. Co trzeba jeszcze zrobić, aby zlikwidować luki umożliwiające nadinterpretację przepisów?

Krzysztof Stefanowicz, partner zarządzający w kancelarii Salans: Podstawowym problemem nadal pozostaje kwestia generyków, czyli leków odtwórczych, wytworzonych i rejestrowanych po wygaśnięciu ochrony patentowej leku oryginalnego, w szczególności w zakresie monitoringu ich stosowania. Inną ważną sprawą jest proces rejestracji leków. Trzeba pamiętać, że w interesie pacjenta leży, aby firmy — światowe czy polskie — miały szansę proponowania nowych, coraz lepszych leków. Dużo można jeszcze zrobić, jeśli chodzi o usprawnienie tego procesu. Wprawdzie niewielki krok już poczyniono, ale sama zmiana nazewnictwa to za mało. Ponadto w wielu kwestiach, jak np. pojęcia importera, nowe prawo nadal wymaga dostosowania do unijnego.

Niedawno Rada Ministrów UE uchwaliła wydłużenie okresu tzw. wyłączności danych z 6 do 10 lat. Czy oznacza to, jak twierdzą niektórzy, że po wejściu do UE leki w Polsce będą droższe?

Myślę, że jest to mit, bo jeśli chodzi o leki zagraniczne, nie widzę powodów do zmiany. A polscy producenci? Byłoby z ich strony nieuczciwe, gdyby w tym właśnie momencie próbowali tworzyć teorie, że zaczynają kosztowne inwestycje czy prace innowacyjne i zmuszeni są podnieść ceny leków. Oczywiście, część firm może skorzystać z tego pretekstu, ale obiektywnych powodów do podwyżek, tylko ze względu na przedłużenie przez Unię okresu ochrony danych, raczej nie ma. Co więcej, przedłużenie ochrony służy co do zasady wspieraniu innowacyjności, czyli działaniom w interesie pacjentów.

A jak Pan ocenia dość kontrowersyjne przepisy dotyczące reklamy leków?

To interesujący temat nie tylko z perspektywy prawniczej. Idee, które kryły się za ustanowieniem takich przepisów, były szczytne. To swego rodzaju naturalna reakcja na złe zjawiska, zarówno z etyki biznesu, jak i ochrony konsumentów. Przy rozbudowanym negatywnym sposobie wpływania na decyzje lekarzy, co do tego, jakie leki mają być promowane, stwarzało to zagrożenie dla pacjenta. W skrajnym przypadku nie otrzymuje on idealnego leku tylko taki, który wynika z relacji lekarza z koncernem farmaceutycznym.

Ale ta naturalna reakcja ma jakby dwie warstwy. Po pierwsze, negatywne zjawiska już tak daleko się posunęły, że nie sądzę, aby proste zakazy zadziałały. Poza tym zakazy pobudzają innowacyjność, jeśli chodzi o obchodzenie prawa. A jest ono — i to ten drugi aspekt — wyjątkowo łatwe, gdyż polskie przepisy ze strony technicznej są fatalne: źle sformułowane, pełne niejasności. Nie chciałbym nikogo urazić, ale wygląda na to, że miejscami były tworzone przez osoby, które nie do końca wiedziały, jak wygląda praktyka w tej branży. Być może miały wiedzę farmaceutyczną, ale z punktu widzenia biznesowego działania na rynku osiągnięty rezultat rodzi wiele wątpliwości.

Jak temu przeciwdziałać? Zagraniczne koncerny farmaceutyczne na pewno nie złożą łatwo broni...

Może niekoniecznie w kategoriach wojennych, ale na pewno żaden producent nie zrezygnuje łatwo z naturalnej metody zwiększania sprzedaży. Hipotetycznie można na to pytanie odpowiedzieć w sposób znany z innych branż — jeśli zjawisko osiągnęło już tak duże natężenie, to nie ma co z nim walczyć, tylko próbować je legalizować. Tak się dzieje np. za Zachodzie z tzw. miękkimi narkotykami. W reklamie na rynku farmaceutycznym też pojawiają się pomysły, by system promowania czy finansowania badań klinicznych ucywilizować na tyle, żeby nie odbywało się to wyłącznie na zasadzie obchodzenia przepisów. Pojawiają się nawet głosy, aby rozluźnić standardy reklamy leku czy raczej jego sponsorowania. Głównym problemem jest nie tyle sama reklama, co ukryty sponsoring. Reklamę leków, taką wprost, można kontrolować.

W jaki sposób?

Clou tkwi w egzekwowaniu przepisów. Możliwości ich obejścia mogą polegać na prostych trikach znanych choćby z branży alkoholowej. Można je łatwo wyłapać. Przy sponsoringu jest to znacznie trudniejsze. Nie chcę uchodzić za wynalazcę, ale jakąś receptą byłoby danie szansy na oficjalne pozyskiwanie pieniędzy. Tyle tylko, że te pieniądze są ukierunkowane na określone osoby i dotyczą określonych produktów określonych firm. Jeśli wpadałyby do jednego worka — i były rozdzielane np. w szpitalu na zasadzie funduszu czy fundacji — wtedy poszczególni lekarze nie widzieliby bezpośrednio nazwy leku czy firmy. Otrzymywaliby pieniądze z ogólnej puli, co może zmniejszyłoby motywację do uzyskiwania korzyści wynikających ze sponsoringu. Bo problemem jest nie tylko, że firma farmaceutyczna jest gotowa wydać pieniądze, ale i to, że istnieje na nie popyt. Mówiąc prościej — muszą się znaleźć środki dla lekarzy, zwłaszcza w szpitalach, gdzie takie problemy pojawiają się najczęściej.

Z przepisów nie są zadowoleni także farmaceuci. Prowadzą kampanię, aby zablokować możliwość wejścia po 1 maja 2004 r. dużych sieci zagranicznych aptek do naszego kraju.

Wbrew pozorom duże sieci w realiach świata europejskiego nie są aż tak wielkim zagrożeniem. Bardziej idzie tu o grupy leków, które mogą być w nich sprzedawane. A co do lobbowania — jestem pesymistą, bo nawet jeśli da się stworzyć regulacje czy utrzymać przekonanie ustawodawcy co do niesłuszności wprowadzenia dużych sieci rozprowadzających leki, to nie zmienimy realiów, w których wszystkie duże domy towarowe mają działy, gdzie obok szamponów i pasty do zębów sprzedaje się lekarstwa. To tylko kwestia rozszerzania asortymentu. Duże pieniądze płyną tam, gdzie nie chodzi o specjalistyczne leki, ale te bez recepty, gdy reklama może bezpośrednio wpłynąć na decyzję odbiorcy.

Czy trwające od dłuższego czasu zamieszanie wokół kondycji służby zdrowia i wejścia do UE przeżyją pacjenci?

Obawiam się, że cierpliwość pacjentów jest nieograniczona. Jesteśmy rzeczywiście bliscy zapaści systemu opieki zdrowotnej, a interesy pacjentów są poważnie zagrożone. Do powszechnego braku pieniędzy dodałbym jeszcze wyjątkowo nieefektywny sposób zarządzania nawet tymi niewielkimi kwotami, które trafiają do służby zdrowia.

Problem usprawniania zarządzania nawet jeszcze nie jest rozwiązywany. Niektórzy proponują prywatyzację szpitali, bardzo skomplikowaną od strony prawnej i organizacyjnej. Organizacyjnej choćby dlatego, że wśród polskich lekarzy nie ma grupy osób, które można by było uznać za menedżerów medycznych. Ta profesja wymaga szczególnej wiedzy, a u nas niestety zdarza się, że kierownikiem szpitala zostaje najgorszy lekarz. System edukacji medycznej nigdy nie był — i nadal nie jest — nastawiony na szkolenie menedżerów do zarządzania palcówkami medycznymi. Tutaj możemy mówić o wolnym rynku. Musi powstać popyt na takie kadry, a stanie się tak wtedy, kiedy pojawią się szersze możliwości funkcjonowania w pełni prywatnych czy paraprywatnych jednostek medycznych. Dopóki są one mocno ograniczone, dopóty szkolnictwo nie będzie w ten segment inwestować.

Czyli oprócz systemu edukacji należy zmienić system wydawania pieniędzy?

Wchodzimy na teren polityki. Cały proces usprawnienia funkcjonowania służb medycznych jest z nią w dużej mierze powiązany. Pieniądze, które funkcjonują w ZUS, są na tyle duże, że idea, aby w jakiś sposób prywatnoprawny je spożytkować, staje się trudna do realizacji. Trwają dyskusje, jaki charakter mają nasze składki — są jeszcze prywatne, czy już publiczne, a tym samym takie, którymi nie do końca można dowolnie dysponować. W rezultacie prywatyzacja m.in. szpitalnictwa jest powstrzymywana. Są to jednak głównie dylematy natury politycznej i dopiero po ich rozwiązaniu będzie można przejść do tworzenia odpowiednich uregulowań prawnych.