Odrzucenie konstytucji UE we francuskim referendum zwiększy prawdopodobieństwo realizacji idei "Europydwóch prędkości" - przestrzega marszałek Sejmu Włodzimierz Cimoszewicz. Podkreśla też, że metodą na sukces Polski w UE jest postawa konstruktywna, a nie "twardsza retoryka, ostrzejsze reakcje, uderzanie pięścią w stół".
"Porażka w procesie ratyfikacji, a więc przekreślenie tego traktatu, musi w Europie wywołać wrażenie klęski - niezdolności do współdziałania, niezdolności do zmierzenia się z trudnymi problemami np. koniecznością reformy UE" - powiedział b. premier i b. minister spraw zagranicznych w rozmowie z PAP.
W takiej sytuacji, jego zdaniem, odpowiedzią "na lęki niemieckiego podatnika, czy Francuza obawiającego się, że fabryka z jego miasteczka zostanie przeniesiona do Polski czy Czech", mogłaby się okazać właśnie koncepcja "Europy dwóch prędkości" i zacieśnianie więzi w węższym gronie grupy starych państw członkowskich.
"Dlatego, choć mamy na to bardzo ograniczony wpływ, także ci, którzy nie są szczęśliwi z powodu tego traktatu, albo uważają, że w ich interesie politycznym leży krytykowanie go, powinni zdobyć się na głębszą refleksję" - podkreślił.
"Raczej powinniśmy apelować do Francuzów, na tyle na ile możemy skutecznie to zrobić, o to żeby przekonali się do tego europejskiego kompromisu i go poparli, niż przeciwnie" - dodał.Cimoszewicz jest jednym z sygnatariuszy listu grona polskich polityków, intelektualistów, ludzi nauki i kultury do Francuzów, aby 29 maja poparli w referendum konstytucję UE.
Pytany, jak, w związku z wejściem do Unii, zmieniła się pozycja międzynarodowa Polski, z uwzględnieniem naszej roli w polityce wschodniej, odpowiedział: "Jeśli chodzi generalnie o koncepcję polityki sąsiedztwa, w tym polityki wschodniej, w niektórych przypadkach udało się osiągnąć efekt spektakularny - Ukraina jest tego przykładem".
Zdaniem Cimoszewicza, generalnie pozycja Polski umocniła się. "Dla wszystkich stało się dosyć oczywiste, że fakt, iż jesteśmy jednym z sześciu największych państw członkowskich nie oznacza wyłącznie wielkości terytorium i liczby ludności. Jesteśmy krajem, z którym nie można nie rozmawiać o tego typu kwestiach jak chociażby te dotyczące interesów państw nowoprzyjętych, czy polityki zagranicznej" - podkreślił.
Zaznaczył, że nie chce "na nikogo wskazywać palcem", ale ma wrażenie, że w poprzednich latach mieliśmy do czynienia w dużym stopniu z "deklaratywnym, paternalistycznym poparciem Polski ze strony polityków, którzy publicznie mówili o tym jak nam dobrze życzą, jak nas popierają".
"Potem niektórzy z tych polityków z irytacją reagowali na fakt zabierania przez Polskę samodzielnie głosu. Ta irytacja była oczywistym dowodem intelektualnego, emocjonalnego nieprzygotowania na fakt, że pojawił się nowy partner. A dzisiaj już tej irytacji nie ma - to jest pośrednie potwierdzenie tego, że pogodzono się z tym, iż jest poważny partner" - powiedział marszałek.
"Natomiast czy to oznacza, że nie toczą się pewne gry, że Polska ma zagwarantowane miejsce przy każdym stole, w każdej rozmowie - oczywiście nie. Tylko, że jedynym lekarstwem na to jest własna aktywność, przezorność, profesjonalizm zmuszający partnerów do respektowania nas" - przyznał.
Jego zdaniem, w UE "realna i obserwowana w dłuższym czasie pozycja państwa" zależy od jego potencjału m.in. ludnościowego, poziomu PKB, ale również w ogromnym stopniu od "oceny zręczności, mądrości, przezorności władz, dyplomacji danego kraju".
Jak podkreślił, w Unii na utrzymanie wysokiej pozycji, respektu dla siebie ma szanse kraj, który "potrafi się zręcznie poruszać, który pomaga w rozwiązywaniu problemów, a nie kraj, który tworzy problemy, czy jest postrzegany jako współtworzący problemy".
Zdaniem Cimoszewicza, w Polsce jest wielu polityków, którzy uważają, że twardsza retoryka, ostrzejsze reakcje, uderzanie pięścią w stół - to są metody na sukces naszego kraju. "Ja się z tym całkowicie nie zgadzam. Trzeba bardzo mądrze i z głęboką wiedzą rozpoznawać, jakie zachowania są właściwe w różnych sytuacjach" - podkreślił marszałek.