Waldemar Milewicz, korespondent wojenny TVP, nie żyje. Powiedziano i napisano o tym już tysiące razy. Pokazano — kilkakrotnie.
Zdjęcia zwłok reportera AFP nadeszły do większości polskich redakcji. Tylko kilka z nich odważyło się je opublikować — m.in. „Super Express”, „Rzeczpospolita”, „Kurier Lubelski”, „Angora”. Środowisko dziennikarskie potępiło — w różnym stopniu — te decyzje. Najgłośniej zaś — szefa „Super Expressu”, Mariusza Ziomeckiego.
Ostracyzm przybrał różne formy. Na przykład: na żądanie niektórych dziennikarzy odsunięto go od prowadzenia panelu w Media Night (organizator: Fundacja Konrada Adenauera), a Rada Etyki Mediów wydała ostre w tonie oświadczenie. Nadal toczą się dyskusje, dyskredytujące decyzję „Super Expressu”. Jakie argumenty — według szefa tego tabloidu — stały za kontrowersyjną decyzją? O tym słychać zdecydowanie rzadziej.
„Puls Biznesu”: Czym się Pan kierował, publikując zdjęcie zwłok Waldemara Milewicza?
Mariusz Ziomecki: To duży dramatyczny news. Chcieliśmy go jak najlepiej przekazać czytelnikowi. To zdjęcie najmocniej komunikuje psychologiczną prawdę, że jesteśmy w stanie wojny. Mam wrażenie, że Polacy nie zarejestrowali tego faktu. Strzelają tam nie tylko do naszych żołnierzy... Niestety zwykle bywa tak, że kiedy znanemu człowiekowi coś się dzieje, to wówczas komunikat dociera do społeczności dużo mocniej. Czy miałem z tym problem? Ogromny. To była potwornie trudna decyzja. Rozważaliśmy wszystkie za i przeciw.
My — to znaczy kto?
Zawsze robimy okładkę grupowo. Prowadzący plus drugi prowadzący, fotoedytor, autor tekstu. Ale ostateczna decyzja była moja. W piątek po południu wydrukowaliśmy okładkę; pytałem ludzi w nieredakcyjnych częściach naszego budynku, wylazłem na ulicę i tam pytałem również.
I co? Zdania podzielone?
Chodzi o reakcję spontaniczną, a nie wykalkulowaną. Krótkie pytanie: tak czy nie? Zdecydowana większość była za. Decyzję oparłem na wielu przesłankach. Test był tylko jedną...
A ta reszta — to co?
Na przykład: wiedzieliśmy, że koledzy z TVP proszą, by tego nie pokazywać.
Znaczy prezes Dworak?
Obdzwaniali różne redakcje. Do mnie zadzwonił akurat sam prezes. Od dziennikarza w telewizyjnym newsroomie wiedzieliśmy, jak oni to przeżywają. Dla nas nie było to ani łatwe, ani nieświadome. Dlaczego to zdjęcie... Tam się wszystko „zgadzało”: korespondent wojenny, który zginął na wojnie. Fotografia, która nie przedstawiała krwawego strzępa, lecz nieodartego z godności człowieka.
Według Pana w „Super Expressie” zachowano godność tej śmierci...
Tak. Jedno z pytań, które musiałem sobie zadać: czy gdybym to był ja, to chciałbym, by ktoś zamieścił takie zdjęcie...
No i...
Skoro je wydrukowaliśmy, to odpowiedź jest jednoznaczna.
Czyli nacisk na powstrzymanie publikacji wywarł odwrotny efekt?
Braliśmy to pod uwagę. Problem, że mówi się o tym zdjęciu, nie przyglądając się mu. Dopiero gdy się je zobaczy, widać absurdalność zarzutów, że to fotografia brutalna, nieludzka, że to akt zdziczenia. A to zdjęcie ciszy po śmierci. Czy miałem ocenzurować rzeczywistość? Gdyby tego zdjęcia w ogóle nie było, nie byłoby problemu. Popatrzcie na to jeszcze z takiej strony: to zdjęcie dotarło do wszystkich redakcji. Dziennikarze je oglądali. Czy mają do siebie pretensje, czy odrzucali je ze wstrętem? Nie. Reagowali emocjonalnie. Jak my.
Nie chodziło przypadkiem o kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy dodatkowo sprzedanych egzemplarzy, zwłaszcza że konkurencja z „Faktem” jest prawie na noże?
Zanim jeszcze powstała koncepcja okładki, zadzwonił do mnie Michał Sykłowski z kolportażu i powiedział: „Jeżeli w poniedziałek będziecie chcieli ciągnąć temat, to mogę podnieść nakład o 5 proc”. Bo w piątek nakładu nie mogliśmy podnieść — wcześniej już przecież wydrukowano dodatki. Nasza sprzedaż była zatem zablokowana. Poza tym w piątek mieliśmy mieć zdrapkę, a to oznacza kilkadziesiąt tysięcy kupujących tabloid... Wycofaliśmy ją.
Straciliście na wize- runku?
Nie. Staliśmy się celem kampanii — nagonki kolegów z telewizji, którzy odreagowywali raczej długie i burzliwe relacje z naszą gazetą. A u czytelników... Tabloidy monitorują czytelników bardziej niż ktokolwiek inny. Ta okładka miała zerowy wpływ na sprzedaż, choć zyskała najwyższy stopień aprobaty: 96 proc. Ludzie pisali: ładnie uczciliście śmierć Pana Milewicza — daliście mu całą stronę. Wygląda, jakby spał. Albo: to bardzo dobrze ze strony redakcji, że nie ma dodatkowych informacji na tej stronie. Czytelnicy zarejestrowali to w innym sensie niż dziennikarze.
Jakimi argumentami posługiwał się prezes TVP Dworak?
Był bardzo zestresowany. Spotkał go koszmar, przed którym drżę, bo też wysyłam ludzi do Iraku. Wyartykułował jedynie, że z powodów etycznych nie powinniśmy dawać tego zdjęcia. Odpowiedziałem, pewnie niezbyt zręcznie, że wiemy o istnieniu etyki, ale decyzję podejmiemy sami.
Gdyby dowiedział się Pan, że jakaś gazeta ma zamiar wydrukować zdjęcia Pana podwładnego — nie daj Boże — w podobnej sytuacji, interweniowałby Pan?
Nie. Mam bardzo silny instynkt obrony przywilejów dziennikarzy w rodzaju prawa do błędu, do zadawania niewygodnych pytań ludziom władzy itd. Brzydzą mnie jednak przywileje nieuprawnione — choćby korzyści materialne: zniżki na zakup samochodów, mieszkań czy innych dóbr. I dlatego doktryna TVP, że znany dziennikarz powinien być objęty immunitetem, nie znalazła u mnie uznania. Po ludzku rozumiem — ale nie przyszło mi to do głowy... Kultury instytucji, w której pracuję ja, i w której pracuje prezes Dworak, są różne. My nie mamy „odruchu dzwonienia”. Nawet kiedy słyszę, że ktoś pisze o nas, wolę nie interweniować, bo wiem, że to bardzo niezręczna sytuacja. Biorę odpowiedzialność za swe decyzje. Nie podoba mi się, że nasi krytycy nie określają żadnych konkretów. Nie wychodzą poza ogólniki typu: przyzwoitość wymaga, porządny człowiek tego nie robi, skandal itd. Emocjonalne hasła. Nie idzie za tym dobrze przemyślana argumentacja. Mam wrażenie, że zarzuty przeciw „Super Expressowi” wyłożyłbym dużo lepiej. Bo to przerabiałem, zanim puściłem do druku okładkę! Zadawałem moim ludziom w kółko te same pytania. 10 minut przed terminem zesłania do druku miałem nadzieję, że znajdę powód, by wycofać to zdjęcie...
Czy przewidział Pan tak drastyczną reakcję środowiska?
Aż tak gwałowniej — nie, choć jestem stary wróbel. Nie przypuszczałem, że tak łatwo niektórzy dziennikarze przejdą na propagandowy styl działania. Zaatakowali nas, nie pytając o zdanie. Dopiero po całym dniu kampanii zwrócili się z prośbą o cytat. To mnie zdumiało. I nieporadność. Niechcący krytycy wyartykułowali argument, że chcą przywilejów dla dziennikarzy.
Nie przyszło Panu do głowy, by — wzorem „Kuriera Lubelskiego” — przeprosić i zakończyć całą sprawę?
Dwa razy w życiu przepraszałem za „Super Express” — i miałem wówczas mocne poczucie, że rzeczywiście zawaliliśmy sprawę. Zawsze jest mi przykro w stosunku do ludzi, którym sprawiamy ból. Ale ciągle nie mam poczucia, że tym razem naruszyliśmy reguły zawodu dziennikarskiego. Gdyby Waldemara Milewicza przejechała ciężarówka w Warszawie i dalibyśmy to zdjęcie, byłoby to po prostu pokazanie nieboszczyka. Ale pokazaliśmy zdjęcia korespondenta wojennego, który zginął na wojnie, zabity przez ludzi, od których chciał się dowiedzieć, o co im chodzi. Zbyt dużo rzeczy się zgadza, bym się poczuwał do generalnych przeprosin, że to błąd. Może niektórzy postrzegają naszą decyzję jako całkiem nietrafioną, ale ona się mieści w kanonie redagowania gazety. Widziałem o wiele gorsze zdjęcia w „New York Times”...
Jakie formy może przybierać ostracyzm środowiska dziennikarskiego? Zdaje się, że Pan go ostatnio doświadcza...
Jestem i czuję się jak chłopak z Detroit. Nawet po 10 latach w Polsce. W czasach gdy tam pracowałem i mieszkałem, Henry Ford był na topie. Mężczyzna rozrywkowy, bez przerwy miał jakieś kłopoty, ciągle wokół niego wybuchały skandale. Na koniec życia dorobił się reguły, którą zaadaptowałem. „Never complain, never explain” — nigdy nie narzekaj i nigdy nie wyjaśniaj.