Comarch zarobi na wsłuchiwaniu się w ludzkie serca

Mariusz GawrychowskiMariusz Gawrychowski
opublikowano: 2013-10-14 00:00

Krakowska firma wyjdzie w świat dzięki urządzeniu medycznemu on-line, które najpierw przetestują na sobie pracownicy.

Miliony, które Comarch wydał na wejście na rynek informatyki służby zdrowia, zaczynają się zwracać. Comarch nie tylko zaczyna wygrywać przetargi na informatyzację polskich szpitali (jest m.in. bliski zdobycia kontraktu na Podlasiu za 23 mln zł), ale także w końcu ma produkt, z którym może wyjść za granicę. Będzie zarabiał na wsłuchiwaniu się w pracę ludzkich serc. Chodzi o rozwiązania telekardiologiczne, które pozwalają na zdalne kontrolowanie pracy serca. Rok temu na łamach „PB” krakowska spółka zapowiadała stworzenie całościowego systemu.

— Technologia jest już gotowa — mówi prof. Janusz Filipiak, prezes i akcjonariusz Comarchu. Opiera się ona na holterach, czyli małych urządzeniach noszonychprzy sobie, które rejestrują pracę serca.

Pomiary są przekazywane on-line do centrum przetwarzania danych krakowskiej spółki i analizowane. W przypadku wykrycia nieprawidłowości informacja jest przekazywana lekarzom. Urządzenie z dużą dokładnością może określić miejsce, w którym przebywa chory, co np. przyśpieszy przyjazd karetki. Spółka rozpoczyna testy systemu. Królikiem doświadczalnym zostanie grupa 100 pracowników krakowskiej firmy, którzy założą holtery i pozwolą monitorować pracę serc. Po tym pilotażu nastąpią kolejne testy. Prof. Janusz Filipiak podkreśla, że od funkcjonowania systemu może zależeć ludzkie życie. Nie ma więc miejsca na błędy.

— Chcemy, by projekt komercyjnie wystartował za rok. Nie chcemy tego zrobić zbyt szybko, bo nawet jedno małe niepowodzenie może spalić projekt — podkreśla prezes. Comarch dopiero zaczyna testy, ale już intensywnie zastanawia się, jak będzie na nim zarabiać. Janusz Filipiak mówi, że spółka raczej nie będzie go sprzedawała szpitalom w formie gotowego produktu. Postawi na dzierżawę urządzeń, co ma jej zapewnić stabilny strumień przychodów.

— Tylko w USA są 2 mln pacjentów telekardiologii. To potencjalni klienci. Mamy przewagę technologiczną nad rozwiązaniami, które już są na rynku, bo nasz system pracuje on-line — mówi prezes.

Podstawowymi odbiorcami systemu Comarchu mają być szpitale na całym świecie. Holdery krakowskiej spółki umożliwią im zdalne monitorowanie zdrowia pacjentów, co da np. możliwość wcześniejszego wypisu ze szpitala. Dodatkowo Comarch stara się systemem zainteresować także ubezpieczycieli życiowych.

Prezes Filipiak przekonuje, że holtery mogłyby być wypożyczane klientom, którzy chcą wykupić polisę na życie i są w podeszłym wieku. Dzięki urządzeniom firma ubezpieczeniowa mogłaby poznać stan ich zdrowia. Ostatnią grupą docelową są ludzie biznesu.

— W szczególności chodzi o menedżerów wysokiego szczebla, którzy cierpią na choroby serca lub dużo podróżują. Nasz system umożliwiłby monitorowanie ich zdrowia i w razie potrzeby wezwanie pomocy. Jeden z nich powiedział mi, że od kilku lat ze względów zdrowotnych nie uprawiał sportu. Z tym urządzeniem mógłby spróbować — tłumaczy Janusz Filipiak.

Szlaki zostały przetarte

Rozwiązania telemedyczne w kardiologii cieszą się dużym zainteresowaniem przedsiębiorców. Sukcesami na tym polu może pochwalić się Medicalgorithmics, spółka telemedyczna, notowana na NewConnect. Medyczny smartfon Medicalgorithmics całą dobę kontroluje osoby chorujące na arytmię. Nad podobnymi projektami pracuje MaxCom. Choć dzisiaj większość jego obrotów generuje sprzedaż telefonów komórkowych dla osób starszych, drugą nogą biznesu ma być telemedycyna. Smartfon MaxComu jest połączeniem telefonu komórkowego z kompatybilnym urządzeniem do mierzenia, m.in. temperatury, ciśnienia i poziomu cukru. Odczyt będzie wysyłany