Tomasz Sielicki, szef Computerlandu, drugiego co do wielkości integratora, wciąż rozgląda się za firmami, które mógłby przejąć. Wierzy też w uruchomienie w tym roku największych publicznych projektów IT. Jest na co czekać. Wartość niezbędnych dla polskich firm i instytucji systemów wyceniana jest niemal na 9 mld zł.
,,Puls Biznesu”: Jeszcze nie tak dawno analitycy nie szczędzili komplementów zarządowi Computerlandu (CL). Ostatnio ten entuzjazm wyparował. Dlaczego?
Tomasz Sielicki: Trudno się dziwić, bo podobnie jak inne firmy odczuwamy skutki recesji. Przez kilka lat wartość spółki rosła bardzo szybko. Obecnie coraz trudniej osiągać równie spektakularne wzrosty. Przyspieszenie jest jednak realne, bo jesteśmy zaangażowani w kilkanaście poważnych projektów. Jeżeli zrealizujemy chociaż 20 proc. z nich, będziemy w stanie wygenerować doskonały wynik finansowy. Zakładamy dynamiczny wzrost przychodów w ciągu 2-3 lat, a zysku operacyjnego od 20 do 90 proc. Wierzę, że pierwsze skutki poprawy odczujemy już w drugiej połowie roku.
Ile jest tych projektów?
— Około trzydziestu. Najważniejsze to: Rejestr Usług Medycznych (RUM), Centralna Ewidencja Pojazdów i Kierowców (CEPiK), informatyzacja PKO BP czy PZU oraz projekty związane z offsetem.
Opóźnienia we wdrażaniu CEPiK sięgają już dziesięciu lat...
— W Polsce jest sporo takich projektów z brodą. Wierzę jednak, że wejście naszego kraju do Unii, a także offset przyspieszą realizację potrzebnych systemów. Zaangażowanie się w te projekty pozwoli nam na wieloletni wzrost. Długoletnie relacje z klientami i realizacja dużych projektów to nasza długoterminowa strategia.
Czyli bardziej perspektywiczny wydaje się model prowadzenia biznesu realizowany przez Prokom, waszego największego konkurenta?
— Trudno tu mówić o modelu jednej firmy. Na całym świecie duże firmy realizują duże projekty. Ponadto Prokom działa trochę w innym segmencie. Ma umiejętność budowania unikatowych relacji głównie z klientami sektora publicznego. My jesteśmy szczególnie mocni na rynku komercyjnym, choć także realizujemy zamówienia rządowe. Jeszcze kilka lat temu o wielkości naszych przychodów decydował portfel zamówień składanych przez kilkuset kontrahentów. Od pewnego czasu skupiamy się na kilkudziesięciu.
Nieprzypadkowo drążymy wątek Prokomu, bo trzy tygodnie temu podpisaliście umowę o współpracy w sprawie offsetu, a już tydzień później ostro wymienialiście poglądy na temat przetargu w PKO BP. Jak to jest — więcej was łączy czy dzieli?
— To, że porozumieliśmy się w jednej sprawie, wcale nie znaczy, że musimy mówić jednym językiem w innych. Z HP czy IBM też czasem współpracujemy, ale na innych polach ostro konkurujemy.
To jednak zupełnie inne firmy od Prokomu. IBM i HP są dla was dostawcami technologii i sprzętu. Prokom jest zaś spółką o bardzo zbliżonym profilu...
— To prawda, ale w dużych projektach wszyscy — Prokom, CL, IBM czy HP — działamy jako integratorzy. W przypadku offsetu chodzi o to, żeby stworzyć zupełnie nowy model współpracy z gospodarką amerykańską. Nie chodzi w tym przypadku o finansowanie pojedynczych projektów czy inwestycje krótkoterminowe, ale o uruchomienie nowoczesnego zaplecza produkcyjnego, nawiązanie współpracy naukowo-technicznej, którą potem będzie można wykorzystać komercyjnie. Jeżeli to się nie uda, to sam offset niewiele nam da.
Czy informatyka będzie stanowiła dużą część offsetu?
— Mam nadzieję, że będą realizowane projekty dające długofalowe skutki dla gospodarki, a takimi są projekty informatyczne.
Dlaczego zagraniczne firmy informatyczne nie palą się do uruchamiania produkcji w Polsce?
— Często wynika to ze stereotypów. Wciąż zbyt mało szefów międzynarodowych koncernów dostrzega, że w Polsce mamy świetnych specjalistów, tańszych niż zachodni. Dzięki offsetowi może to się diametralnie zmienić.
Co konkretnie może zostać sfinansowane z puli offsetowej? Mówi się m.in. o takich projektach jak Tetra, RUM czy eTax.
— Mogę jedynie powiedzieć, jakie projekty są Polsce potrzebne. Finansowanie tych, o których pan wspomniał, zwróci się bardzo szybko. Na przykład RUM da 1 mld zł oszczędności w ciągu pół roku.
I tymi konfiturami zamierzacie podzielić się z Prokomem?
— Nie chodzi o dzielenie się. Podpisaliśmy porozumienie, uznając, że pozwoli to zaproponować optymalne warunki wykonania niektórych projektów. Mam tu też na myśli wykorzystanie środków finansowych.
Nieporozumienia wokół informatyzacji PKO BP nie wróżą jednak nic dobrego tandemowi CL-Prokom...
— Sprawa PKO BP to nieporozumienie. Wyraziliśmy tylko zdziwienie, dlaczego firmy powiązane kapitałowo składają kilka ofert. Postawiliśmy pytanie, czy nie znają tego banku na tyle, że proponują kilka różnych rozwiązań? My znamy bank i mamy jedno dopasowane rozwiązanie. Nie chodziło nam o łamanie procedur.
Kto wygra w PKO BP?
— Najlepszy merytorycznie. Przez dziesięć lat przygotowywaliśmy się do takiego przetargu. Jesteśmy jedyną polską firmą, która wdrożyła system centralny.
A faworyzowany jest Softbank...
— To opinia jedynie części prasy. Z tego, co mi wiadomo, Softbank nie wdrożył żadnego transakcyjnego systemu scentralizowanego.
— Jednak dzięki temu, że już obsługuje PKO BP, ma w ręku dodatkowe atuty. Czy żałuje Pan, że CL nie zdołał przejąć Softbanku?
— Dwa główne systemy centralne, które PKO BP zamówił w ciągu ostatnich 3 lat, dostarczył CL, a nie Softbank. Dzięki połączeniu z Softbankiem Prokom zaistnieje w sektorze bankowym, ale pozbawi nas też jednego konkurenta. A my jesteśmy przygotowani do konkurencji. Nie żałuję, że nie przejęliśmy Softbanku, bo byłaby to tylko eliminacja konkurenta. Dla Prokomu ta spółka ma większą wartość, bo otwiera drzwi do nowego sektora.
Nie powiodła się Państwu także próba przejęcia Comarchu?
— Nie było próby przejęcia Comarchu.
Czyli CL nadal szuka możliwości inwestycji lub fuzji?
— Przyglądamy się, szukamy dobrych okazji, które zapewnią nam ciekawy rynek, nowe produkty, ale przede wszystkim rozglądamy się za zdrowymi firmami.
Obecnie nie ma już zbyt wielu możliwości spektakularnych zakupów: Emax i Winuel...
— Wciąż przyglądamy się tym i innym firmom i nie wykluczamy, że coś z tego wyjdzie.
Ile spółek jest waszym celem?
— Jeśli pojawią się atrakcyjne propozycje, to dużo. Mamy 150 mln zł na koncie, duże zdolności kredytowe, a poza tym akcje, które są dobrym sposobem płacenia za przejęcia, bo motywują zarządy.
A może CL wpadnie w ręce silniejszego rywala?
— Nie spodziewam się tego. Jeżeli jednak jakaś grupa zainteresowałaby się nami i akcjonariusze dostaliby dobrą cenę, a spółka impuls do wzrostu, to dlaczego nie...