Coraz mniejsze firmy zabiegają o ISO
Certyfikatorzy nie mają wysokich zysków
O wysokości opłaty za pełną usługę związaną z certyfikacją decyduje kilka czynników. Jednym z głównych jest liczba dni które certyfikator musi poświęcić na audit bezpośrednio u klienta. Chociaż rynkowi tego typu usług daleko jeszcze do nasycenia, zdarzają się na nim podobno przypadki nieuczciwej konkurencji.
Na pytanie, z czego żyją, certyfikatorzy odpowiadają, że z przeprowadzania procesów certyfikacyjnych. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona, niż można by się tego spodziewać.
Ilość, wielkość i rodzaj
Specjalna norma wyznacza m.in. minimalną liczbę dni auditu wstępnego i auditów kontrolnych, przeprowadzanych bezpośrednio u klienta. Stawkę za tzw. osobodzień auditora ustala certyfikator. Koszt pełnej usługi zależy więc od liczby dni. Ale ważnym czynnikiem jest też wielkość firmy ubiegającej się o ISO i rodzaj wytwarzanych przez nią produktów.
— Załóżmy, że jakaś firma produkuje gumowe kalosze i zatrudnia 1000 pracowników. Proces sprawdzania wymagań związanych z warunkami przyznania ISO, jakie musi spełnić ten wyrób, nie jest w tym przypadku skomplikowany. Ryzyko, jakie niesie dla klienta jest tutaj niewysokie. Natomiast dużo droższa będzie nasza usługa w przypadku firmy zatrudniającej 100 osób, ale produkującej elektroniczny sprzęt medyczny. Zagrożenia wynikające z wadliwego działania tych urządzeń są dużo większe dla odbiorcy niż w przypadku kaloszy. Proces auditu pochłonie w tym przypadku więcej czasu i pracy. Dlatego ceny naszych usług w każdym przypadku są inne i nie można ich uśredniać — tłumaczy Witold Flis, prezes KEMA REGISTERED QUALITY Polska.
Jak dodaje Małgorzata Niedziela, asystent prezesa zarządu RW T†V Polska, o wysokości ceny pełnej usługi certyfikacji, często decydują względy językowe.
— Jeżeli jednostka nie posiada auditorów polskojęzycznych, od razu rośnie cena usługi — stwierdza.
Według certyfikatorów, ich zyski nie są zbyt wysokie i dużo niższe niż w innych branżach.
— Nasze zyski są na pewno niższe niż w konsultingu. Wynoszą poniżej 7 proc. rocznego obrotu. A to chyba nie jest zbyt dużo — mówi Witold Flis.
Olbrzymi tort
ISO Guide 1998 wydany przez Hoppenstedt Bonnier podaje, że na polskim rynku działa obecnie 9 instytucji certyfikujących. Ich przedstawiciele twierdzą, że popyt na ich usługi jeszcze długo będzie bardzo duży.
Witold Flis ocenia liczbę potencjalnych klientów certyfikatorów na ok. 5 tys. firm. Jego zdaniem, właśnie tylu chętnych zgłosi się po certyfikaty do 2003 r. Większość polskich firm starających się o otrzymanie certyfikatu ISO organizuje konkurs ofert. Zazwyczaj spośród zgłaszających się certyfikatorów wybierają jednego.
— Najczęściej firmy wybierają ofertę w miarę tanią. Certyfikatorzy konkurują ze sobą przede wszystkim cenami usług. Te z kolei wiążą się z liczbą dni pracy, o której już wcześniej wspominałem. Nie chcę powiedzieć, że są firmy, które ją ewidentnie zaniżają, ale nie wszyscy trzymają się ustalonych zasad — irytuje się Witold Flis.
Zagrożenie popytem
Popyt na certyfikaty ISO będzie rósł. Jak mówi Leszek Kielak, kierownik Zespołu Certyfikacji Systemów Jakości PCBC, większość dużych polskich firm już je posiada. Teraz wymuszają uzyskanie ISO na swoich poddostawcach. Są nimi głównie małe i średnie przedsiębiorstwa. — Coraz częściej w polskich realiach rynkowych, posiadanie certyfikatu ISO, staje się warunkiem przystąpienia do jakiegoś kontraktu czy przetargu. Z tego powodu niektóre firmy starają się o świadectwo, traktując je jedynie jako argument marketingowy — ostrzega Leszek Sitkowski, operations manager LloydŐs Register Quality Assurance.
Ta tendencja pojawiła się niedawno, ale może się przerodzić w niezbyt korzystną dla polskiego rynku prawidłowość.
Wojciech Surmacz