Coraz więcej ale wobec poszerzenia UE

Henryka Bochniarz
opublikowano: 2002-07-01 00:00

Im bliżej ciągle jeszcze magicznej daty poszerzenia Unii Europejskiej, tym coraz więcej wątpliwości po stronie unijnej. Jeśli dodać do tego polskie głosy niezadowolonych, to może się nagle okazać, iż członkostwo Polski w UE od 1 stycznia 2004 r. staje się wątpliwe.

Wbrew zapowiedziom, na szczycie w Sewilli nie ustalono dokładnej daty podpisania traktatu o przystąpieniu nowych państw do UE. Przesuwa się też termin przedstawienia propozycji finansowych dla kandydatów. To groźne, bo oznacza przesunięcie negocjacji nawet na styczeń, luty 2003 r., kiedy to prezydencję obejmie Grecja — kraj mniej przychylny rozszerzeniu niż Dania.

To są złe wiadomości dla wszystkich Polaków, nie tylko przedsiębiorców, ale także polityków. Jednak ci nadal zajmują się sporami zastępczymi, a takim z pewnością jest spór o niezależność RPP. Zamiast skupić się na tym, jak wychodzić z opresji, szuka się winnych w otoczeniu. Ich lista jest mniej więcej znana: dziennikarze, banki, Leszek Balcerowicz i inwestorzy zagraniczni. Taki sposób myślenia i działania wręcz zagraża polskiej racji stanu. To, że w miarę naszego przybliżania się do UE będzie coraz trudniej, można było przewidzieć. Ale nie przypuszczaliśmy, że będzie aż tak trudno!

Do tej pory kręgi europejskiego biznesu zdecydowanie popierały szybkie poszerzenie UE i miały żelazne argumenty. Wedle raportu UNICE — Związku Europejskich Organizacji Pracodawców i Przemysłu, którego członkiem jest PKPP, wzrost PKB wynikający z poszerzenia UE szacowany jest na 0,1 proc. w dotychczasowej „piętnastce” oraz 1,3-2,1 proc. w krajach kandydujących. Przedsiębiorcy unijni podkreślali wagę powiększonego rynku, podniesienia konkurencji, lepszego klimatu dla inwestycji zagranicznych ze względu na stabilność makroekonomiczną nowych członków. Nagle temu bilansowi korzyści zaczęły towarzyszyć zastrzeżenia, a wręcz podniosły się głosy, nie tylko polityków, że kraje kandydujące nie są jeszcze gotowe, że sama UE ma zbyt wiele znaków zapytania i wobec tego lepiej byłoby może opóźnić poszerzenie o pół roku, może o rok — co nawet w opinii Güntera Verheugena może oznaczać święte nigdy.

Rzeczywiście, choćby dyskusja nad Agendą Lizbońską pokazuje, że sama UE nie jest czymś jednolitym, a zdania co do koncepcji jej reformy są różne. Kiedyś musi odpowiedzieć, czy — aby sprostać amerykańskiej i światowej konkurencji — gotowa jest zmienić filozofię działania na bardziej liberalną, czy też będzie brnęła w kosztowny model socjalny, czy zwycięży model centralistyczny czy federalistyczny, czy ma mieć konstytucję — że nie wspomnieć o takich kwestiach szczegółowych, jak wspólna polityka rolna, reforma funduszy strukturalnych czy ujednolicenie części reguł podatkowych.

Dość niespodziewanie okazało się, że to nie zaawansowanie kandydatów staje się kluczowe dla akcesji, lecz brak reform wewnątrz Unii może przekreślić uzgodniony już wydawałoby się kalendarz. W jakim stopniu jest to pretekst wobec rosnących obaw przed rozszerzeniem, a w jakim obawa, że potem ustalenie tych kwestii będzie jeszcze trudniejsze, jeśli w ogóle osiągalne — nie jest już istotne. Ważne są skutki: w krajach UE wzrasta niechęć do poszerzenia, wzmocniona zwycięstwem prawicy w wyborach w kilku krajach, a my w Polsce wewnętrznymi zawieruchami dostarczamy kolejnych argumentów, że jesteśmy jednak z innej bajki.

Dobrze się stało, że w ostateczności sewilska deklaracja Rady Prezydentów UNICE wyraża silne poparcie dla akcesji, odcinając się od kolejnych pomysłów polityków, którzy proponują, by z rozszerzeniem poczekać na przykład na Bułgarię czy Rumunię. Jednak zagrożenie ciągle jest bardzo silne. Nadszedł więc czas ostatecznej mobilizacji dla wszystkich: i dla polityków, którzy muszą skończyć z uprawianiem demagogii w poszukiwaniu winnych dekoniunktury, i dla administracji, by wreszcie zdobyła się na porządną kampanię informacyjną, bo bez niej nie wygramy referendum, i dla przedsiębiorców, by zastanowili się, co stanie się z ich firmami po 1 stycznia 2004 r. i co do tego czasu muszą zmienić. Wreszcie, Polsce jak nigdy potrzebna jest promocja, by poprawić nasz wizerunek w UE i oderwać go od stereotypu: kraju zacofanego, skłóconego, skorumpowanego i nieobliczalnego. Żarty się skończyły.

Autorka jest prezydentem Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych