Coś życiodajnego

Agnieszka Ostojska
opublikowano: 2003-03-28 00:00

Rozmowa z prof. dr. hab. Jerzym Buzkiem, ewangelikiem

- „Puls Biznesu”: Etos pracy — co to dla Pana?

Jerzy Buzek: Kult pracy. Poważne myślenie, co może dać w życiu prawdziwą satysfakcję. Te idealistyczne słowa znalazły odbicie w realności. Bo zadowolenie płynące z pracy przekłada się na życie, na poczucie odpowiedzialności obywatelskiej. Pierwsze próby zawiązywania organizacji pozarządowych należały właśnie do ewangelików. Na Śląsku Cieszyńskim, skąd pochodzi moja rodzina, parafianie w XIX wieku tworzyli ochotnicze straże pożarne, towarzystwo przyjaciół oświaty, nawzajem uczyli się pisać po polsku. Grupy obywateli starały się załatwić najpotrzebniejsze sprawy wokół siebie.

- Co ich do tego pchało?

— Społeczności protestanckie miały nieco odmienny styl „bycia razem”. Choćby wybory pastora: ludzie sami decydowali, kto będzie przez 20-30 lat opiekował się nimi duchowo, organizował ich życie kościelne. Taki tryb decyzji wyzwalał wśród pastorów naturalną skłonność do konkurencji. Przyjeżdżali i — najnormalniej w świecie — reklamowali się! Głosili kazania, chodzili po ludziach, rozmawiali... A potem były wybory.

- Demokracja w małej skali?

— Właśnie. Zawsze przemyślana decyzja wspólnoty była respektowana. To uczyło i zbliżało ludzi. Nikt nie myślał, aby od wyboru się uchylić.

- Dlaczego?

— Bo konsekwencją było, że ja, moje dzieci, a może wnuki będziemy mieli albo dobrego, albo złego księdza. To świetna metoda szerzenia ducha świeckiego chrześcijaństwa. Odpowiedzialności, przykładności, przejrzystości podjętych decyzji. Nie przypadkiem w krajach, gdzie protestantyzm był religią dominującą — w Wielkiej Brytanii, państwach skandynawskich, Holandii — społeczeństwo obywatelskie powstało najwcześniej. Właśnie te kraje są ostoją demokracji. I dobrobytu.

- Widzi Pan różnicę w podejściu do pracy protestantów i katolików?

— Dla mnie praca jest czymś życiodajnym. A moi katoliccy przyjaciele mieli poczucie, że to obowiązek — a tych chce się mieć jak najmniej. Tę różnicę zaobserwowałem już, gdy miałem kilkanaście lat. Ja miałem radość z tego, że coś robię dla najbliższych, dla otoczenia. A oni — nie. Największy pożytek mam z tego, że służę innym. To jest frajda!

- Z egoistycznych pobudek?

— Może teraz trochę przesadzę, ale... mój egoizm nakazuje mi służyć innym.

- „Mieli poczucie”, „obserwowałem”... To czas przeszły. A teraz jak to wygląda?

— Różnice się zacierają. Z katolikami zbliżyliśmy się we wszystkim — w liturgii, sposobie nauczania, ewangelizacji. Dziś ewangelicy i katolicy mogą się od siebie uczyć postrzegania wiary. Ewangelicy podchodzą do tego bardziej intelektualnie: studiują i analizują Biblię. W katolicyzmie więcej jest za to emocji. Agata, moja córka, najpierw jeździła z katolickimi znajomymi na protestancką ewangelizację — gdzie młodzi czytali i dyskutowali o Piśmie Świętym, a zaraz potem — na katolicką oazę. Tam były sztandary, procesje, śpiewy, koronacje. Po głębokiej analizie pragmatycznej miała również szansę na prawdziwe emocje.

- A podejście do pracy?

— 20-30 lat temu były jeszcze różnice, ale teraz już nie. Rozmawiam z młodymi ludźmi — studentami, przyjaciółmi córki. Choć to katolicy, pojmują jak my. Wiedzą, że nic piękniejszego w życiu nie ma niż satysfakcja z pracy. Poza tym biznes to odpowiedzialność za świat, który się tworzy wokół siebie. A do tego czasami trzeba po prostu dorosnąć. To młode pokolenie właśnie takie jest...