Credo consumer finance legło w gruzach

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 2010-03-30 06:53

Nie cena kredytu, ale wysokość raty jest ważna dla klienta. Kierując się tym założeniem banki napompowały bańkę kredytową - ocenia Leszek Niemycki, prezes DB PBC.


„Puls Biznesu”: Czy kredyt gotówkowy pójdzie do lamusa?

Leszek Niemycki, prezes DB PBC: Na pewno nie. Będzie oferowany nadal, ale na innych niż do niedawna zasadach i nieco innym klientom. Rynek consumer finance przechodzi obecnie sporo zmian związanych z dostosowaniem modelu biznesowego do nowej sytuacji i wprowadzonej niedawno Rekomendacji T. Można się więc spodziewać istotnych zmian w polityce oceny ryzyka, ale też w zakresie samej sprzedaży i obsługi kredytów gotówkowych. Na przestrzeni ostatniego roku banki typu mono-liner, które stosowały tradycyjny model consumer finance, szczególnie dotknęła plaga niespłacalnych kredytów konsumenckich. Instytucje o bardziej uniwersalnym charakterze, nastawione na własnego klienta też mają problem. Ale przede wszystkim dotyczy on banków specjalistycznych. Okazało się, że dotychczasowy model, który dobrze działał w okresie koniunktury, w trudniejszych warunkach ekonomicznych po prostu się nie sprawdza. Został stworzony sześć, siedem lat temu, a jego podstawowym założeniem było oparcie się na historii kredytowej klienta, którego na podstawie kart scoringowych oraz różnych metodologii weryfikowano pod kątem ryzyka. Oceny dokonywano zgodnie z zasadą: „past performance is the guarantee of the future performance”. Trzeba jednak pamiętać, że na końcu tej zasady jest jeszcze „however”, które nabrało szczególnego znaczenia w okresie dekoniunktury.

Gdzie tkwił błąd?

Między innymi w braku jednolitych zasad weryfikacji klientów przez różne instytucje kredytujące – mam tutaj na myśli nie tylko banki - które nie korzystały z tych samych narzędzi oceniających. Równocześnie klienci zaczęli masowo zaciągać bardzo zróżnicowane pod kątem horyzontu czasowego i sposobu obsługi zobowiązania, co w znacznym stopniu utrudniało efektywną kontrolę własnych możliwości spłaty. Dynamiczny rozwój rynku consumer finance i rosnąca konkurencja sprzyjały więc zwiększaniu możliwości zadłużania się klientów. Okresy kredytowania były maksymalnie wydłużane. Na początku lat 2000 rynek kredytów gotówkowych dopiero zaczynał się rozwijać. Było ich znacznie mniej niż kredytów ratalnych. Pożyczało się raczej niższe kwoty i na krótsze okresy. Wraz z rozwojem rynku zarówno wartość jak i horyzont czasowy wydłużały się. Kilka lat temu trzyletni okres spłaty to było bardzo długo, ale wciąż kwoty nie były wysokie. Ostatnio maksymalne okresy finansowania osiągnęły poziom 6-7 lat. Dzięki wydłużeniu okresu spłaty możliwe było efektywne obniżenie indywidualnej raty i przejęcie na siebie ryzyka długiego okresu. Tym samym zwiększyły się możliwości zadłużeniowe klienta. Przykładowo w przypadku pożyczek 1-2 letnich, zdolność kredytowa waha się w granicach miesięcznego dochodu netto. Przy wydłużeniu okresu do 6-7 lat rośnie przynajmniej 5-krotnie.

A klient patrzy przede wszystkim na wysokość raty.

Credo consumer finance było takie, że klient nie jest wrażliwy na cenę kredytu, tylko na wysokość raty. Ważne było przede wszystkim to, czy klient regularnie kredyt spłaca. I to nie jest złe założenie. Okazało się jednak, że klienci znaleźli sposób na dodatkowe powiększanie „dochodów”. Kredytem, który stał się niezwykle dostępny. W miastach oddziały większości banków otwierano tuż obok siebie, na jednej ulicy. Klient w ciągu pół godziny mógł przejrzeć wszystkie oferty. Miał pełen przekrój consumer finance. Dzięki reklamie zbudowana została głęboko osadzona świadomość dostępności produktu. Sądzę, że w latach 2007-08, a nawet do połowy 2009 r. jakieś 20-30 proc. reklam bankowych w telewizji dotyczyło właśnie ofert consumer finance. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie pogorszenie się sytuacji rynkowej. W momencie zaostrzenia przez sektor polityki kredytowej część klientów zaczęła mieć problemy ze spłatą swoich zobowiązań. Gdy odmawiano im udzielenia kolejnej pożyczki, okazywało się, że nie mają środków na obsługę zaciągniętych dotychczas kredytów. W ten sposób pojawił się problem zarówno po stronie klientów, jak i instytucji finansowych.

Jak duży jest to problem?

Przekredytowanie jest zjawiskiem o dużej skali właśnie w segmencie consumer finance. Z tym, że samo przekredytowanie w stabilnych warunkach gospodarczych nie byłoby aż tak groźne. Problem można byłoby rozwiązać, rozkładając długi klientów na mniejsze raty. Pomimo, że Polacy dość chętnie się zadłużają, to nie lubią piętna notorycznego dłużnika. Nikt nie chce być nagabywany przez komorników, windykatorów, nikt nie lubi zajmowania pensji itd. Być może zadłużając się klienci byli zbyt optymistycznie nastawieni do swoich możliwości płatniczych. Jednak tylko niewielki odsetek nie chciałby z zadłużenia wyjść. Pozostałym trzeba w tym pomóc.

Zatem jak im pomóc?

Trzeba szukać rozwiązań, które pomogą rozłożyć zadłużenie na mniejsze raty poprzez wydłużenie okresu spłaty czy konsolidację. Dzisiejsze problemy nie wynikają przecież w pierwszej kolejności z utraty podstawowych źródeł dochodów. Po wejściu w życie rekomendacji T może być jednak trudniej. Żaden bank nie udostępni finansowania przekredytowanym, nawet gdyby chciał. Rekomendacja jest dokumentem dość precyzyjnym i rygorystycznym, jeśli chodzi o badanie indywidualnej zdolności kredytowej klienta. Nawet te banki, które trzymały ryzyko w ryzach i mają klientów obsługujących regularnie karty kredytowe, debety w rachunkach czy kredyty, będą miały problem. Jeśli taki regularnie spłacający należności klient będzie miał zbyt wysoki stosunek zadłużenia do dochodów (DTI), wówczas bank musi mu odmówić wznowienia karty kredytowej czy odnowienia kredytu. Już nie chodzi o kredyt gotówkowy, który ktoś wziął na kilka lat, ma problemy finansowe i nie spłaca. Jest natomiast wielu klientów, którzy mają nie tylko kredyt hipoteczny, ale też rachunek z overdraftem, dwie karty. To są produkty roczne, maksymalnie dwu-trzy letnie. Gdy upłynie termin ważności bank sprawdzi poziom zadłużenia w BIK i jeśli okaże się, że relacja jego dochodu do wysokości zobowiązań jest wyższa niż dopuszcza rekomendacja, zażąda spłaty limitów w kartach czy rachunkach. Więcej. Niedługo wejdą w życie zasady „Bazylei II”, a wraz z nią będziemy musieli dokonywać znacznie częstszych re-ratingów klientów. Jeśli połączymy Bazyleę z rekomendacją T, to uzyskamy sztywne parametry oceny zdolności kredytowej klienta. Z jednej strony będziemy mieli ograniczone możliwości kredytowania. Z drugiej będziemy go regularnie sprawdzać. Pytanie czy to pomoże rozwiązać problem z przekredytowanymi.
My, podobnie pewnie jak spora część banków, jesteśmy o Rekomendację T spokojni. Jako DB PBC zawsze stosowaliśmy ostrożnościowe kryteria oceny zdolności kredytowej, a naszą politykę po stronie db kredyt zaostrzyliśmy już w lipcu 2009 r. Tym samym ograniczyliśmy segment kredytów gotówkowych. Obecnie oferujemy je klientom średniozamożnym, spełniającym wyższe kryteria dochodu minimalnego i o niższym DTI. Warto pamiętać, że ograniczenie dostępu do kredytów oznacza niższą sprzedaż. To znaczy, że sektor ma obecnie do czynienia ze spadkiem przychodów z działalności consumer finance.

Czy szybkie psucie się kredytów jest wynikiem rosnącego bezrobocia czy przekredytowania?

Obydwa zjawiska wystąpiły niestety w tym samym czasie. Do tego doszła dekoniunktura i ograniczenie dostępu do kredytów. Można wprawdzie próbować rolować kredyty, konsolidować, ale to jest odsuwanie problemu w przyszłość. Pomysł nie jest więc najlepszy. Lepiej starać się rozwiązywać go na bieżąco. Rozmawiać z klientami. Nie dopuszczać do pogarszania się jakości portfeli, wzmacniać działania windykacyjne i dokładnie monitorować całą nową produkcję.

Jaki będzie wpływ rekomendacji T na rynek?

Wszystko będzie zależało od danej instytucji. Część banków wprowadziła nawet ostrzejsze kryteria niż wynika z Rekomendacja T. Efekty można zaobserwować między innymi w cyfrach o konsumpcji bieżącej w I kwartale. Spadek można oczywiście tłumaczyć tym, że zima była ostra. Ja odnoszę wrażenie, że ludzie kupują mniej, ponieważ mają mniej pieniędzy. Bo mają znacznie bardziej ograniczony dostęp do kredytów. Równocześnie coraz więcej banków prowadzi aktywne działania windykacyjne szukając możliwości zwiększania spłacalności zobowiązań. Dłużnicy zresztą zwykle starają się współpracować, dzielić wynagrodzenie na kilka części, które spłacają różnym bankom. W skrajnych przypadkach konieczna jest restrukturyzacja zadłużenia.

Wizerunek i reputacja banków mocno ucierpi

Pole manewru jest ograniczone. Ale nie ma wyboru. Instytucje finansowe pożyczają przecież pieniądze swoich deponentów, dlatego muszą dbać o spłacalność udzielonych kredytów.

Rozmawiał;
Eugeniusz Twaróg