Cudów nie będzie, potrzeba pieniędzy

Adam Sofuł
17-05-2006, 00:00

To miała być rewolucja. Od rana minister zdrowia Zbigniew Religa zapowiadał „historyczny wzrost nakładów na opiekę zdrowotną” — w najbliższych trzech latach do systemu miałoby wpłynąć 15 mld zł. Po południu po tym historycznym przełomie pozostało już tylko wspomnienie. Rzecznik rządu Konrad Ciesiołkiewicz oświadczył, że Rada Ministrów „konsensualnie uznała, że dziś nie zajmie się informacją o sytuacji służby zdrowia”. Już samo słowo „konsensualnie” powinno nas wprawić w dobry nastrój, bo sugeruje, że była to ważka decyzja rządu, a nie ucieczka od problemu, dalszy ciąg wyjaśnień rzecznika jest jednak jeszcze śmieszniejszy. Dyskusje o służbie zdrowia odłożono, bo propozycje ministra zdrowia „związane są z konsekwencjami budżetowymi”. Gdyby minister Religa zaordynował jakieś cudowne, bezgotówkowe lekarstwo na chorobę, rząd zająłby się natychmiast. A tak — musi pomyśleć.

Jest nad czym. 15 mld złotych, o których mówił minister Religa, pochodziłoby z naszych kieszeni — bądź z podwyższenia składki na ubezpieczenie zdrowotne, bądź z dodatkowych opłat za pobyt w szpitalach. To zaś decyzja dla rządu Prawa i Sprawiedliwości bardzo niewygodna — wszak podczas kampanii wyborczej politycy tej partii atakowali konkurentów z Platformy Obywatelskiej za chęć wprowadzenia „służby zdrowia tylko dla bogatych”. Przyjęcie propozycji Religi oznaczałoby realizację tych tak krytykowanych planów. Nawet przy lansowanym przez PiS finansowaniu służby zdrowia tylko z budżetu, skądś trzeba by było te miliardy wziąć. A jedynym źródłem są kieszenie podatników. Rząd Kazimierza Marcinkiewicza po raz pierwszy stanął przed tak ostro zarysowanym wyborem między ekonomią a polityką. Czy narazić się wyborcom i wprowadzić odpłatność za niektóre usługi medyczne, czy też dalej przeciągać zbyt krótką kołderkę. Dopóki nie pęknie.

Sytuacji nie ułatwia to, że linie frontu między ekonomią a polityką przebiegają wewnątrz resortu zdrowia. Religa jest siłą rzeczy mniej zainteresowany, czy notowania rządzącej partii w sondażach wzrosną, czy spadną, niż prezentujący zupełnie inne poglądy na reformę systemu ochrony zdrowia wiceminister Bolesław Piecha. Także minister Gilowska będzie bardziej skłonna do podejmowania niepopularnych decyzji niż wywodzący się z PiS premier.

Niedofinansowanie służby zdrowia nie jest więc tylko problemem ministra Religi (i ewentualnie minister finansów Zyty Gilowskiej, która będzie musiała poszukać pieniędzy na realizację śmiałych celów kolegi z rządu), ale całego rządu. Szef resortu zdrowia chce bowiem, by dzięki tym 15 mld zł wydatki na ochronę zdrowia sięgnęły 5 proc. PKB (obecnie poniżej 4 proc. PKB). Z takim poziomem nakładów na służbę zdrowia i tak będziemy w szarym ogonie krajów OECD. Tu mają znaczenie nie tylko różnice w zamożności poszczególnych państw, ale też podział środków — nieporównywalnie bogatsze USA przeznaczają na ochronę zdrowia ponad 15 proc. PKB, nawet będąca na podobnym poziomie rozwoju Słowacja daje na zdrowie 6 proc. PKB. Dlaczego polskie rządy tak skąpią pieniędzy na lekarzy i pacjentów? Ano dlatego, że mają masę innych poważnych wydatków — a to na becikowe, a to na wcześniejsze emerytury dla górników, a to na dziesiątki rządowych agencji. Zrozumiałe jest więc, że nad programem ministra Religi musi poważnie popracować cały rząd, a nie tylko resort zdrowia. Z tego punktu widzenia trudno było wczoraj oczekiwać wiążących decyzji rządu. Gorzej, że gabinet Marcinkiewicza dyskusję na ten temat przełożył. To może oznaczać ucieczkę od problemu i próbę stłumienia lekarskich protestów nieco mniejszymi pieniędzmi. A także pozostawienie następcom reformy służby zdrowia, wraz z paroma innymi drobiazgami, takimi jak: dyskusja o wejściu do strefy euro, obniżka podatków. Itp.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Cudów nie będzie, potrzeba pieniędzy