Czas na radykalne posunięcia

Anonimowy Inwestor
opublikowano: 2002-05-27 00:00

Ożywienie rynku, z jakim mieliśmy do czynienia przed ponad tygodniem, odeszło równie szybko jak się pojawiło. Komentujący ten chwilowy atak popytu specjaliści są zgodni, że szturm na papiery największych spółek TP SA i Pekao przypuścił krótkoterminowy kapitał zagraniczny. Z lektury prasy wyciągnąłem wniosek, że zwyżka ta nie przerodzi się w bardziej trwały trend wzrostowy. Czekają nas za to kolejne miesiące marazmu. Jeden z analityków radził wprost, aby zainteresować się akcjami spółek mniejszych, w których jedna pozytywna informacja może wywołać nagły wzrost zainteresowania jej akcjami ze strony krajowych inwestorów indywidualnych. Postanowiłem pójść za jego radą.

Zacząłem od przejrzenia najnowszych rekomendacji licząc, że może trafię na jakąś perełkę. Nic z tego. Domy maklerskie z uporem maniaka publikują zalecenia dla spółek o największej kapitalizacji. Prym wiodą TP SA, PKN Orlen, Prokom czy Pekao SA. Zacząłem sobie obliczać potencjalne stopy zwrotu, gdybym zdecydował się zainwestować w którąś z nich. Okazało się, że maksymalny zarobek wyraża się około 10-proc. zyskiem. Taka stopa może i satysfakcjonuje dużych inwestorów instytucjonalnych, ale na pewno nie mnie. Ja szukam spółki, która dałaby mi zarobić w niedługim czasie 30-40 proc.

Pozbawiony — w moim rozumowaniu wartościowych — rekomendacji postanowiłem działać bardziej samodzielnie. Dlatego główny nacisk położyłem na szczegółowe studiowanie spływających ze spó-łek informacji o istotnych kontraktach. Stwierdziłem bowiem, że skoro analitycy nie rozpieszczają mnie zaleceniami inwestycyjnymi na temat mniejszych firm, a jednocześnie zalecają zainteresować się właśnie spółkami z niższej półki, to kryterium, które będzie miało decydujący wpływ na decyzję o zakupie akcji jednej czy drugiej spółki, będą informacje o znaczących umowach.

Przed kilkoma dniami opracowałem plan inwestycyjny na najbliższe tygodnie. Z jego realizacją czekałem na dogodny moment. Przyznaję, że moje zamierzenia są radykalne, ale ile można czekać aż zacznie się coś dziać na rynku? Stwierdziłem, że nie ma co narzekać na marazm, który opanował giełdę, lecz trzeba mu aktywnie stawić czoło. Dlatego mój plan zakładał sprzedaż akcji Orbisu, który w ostatnich tygodniach rozczarował mnie najbardziej. Postanowiłem nie czekać na cud, aż kurs hotelarskiej spółki znów ruszy do góry. Okazja do tego trafiła się dość szybko.

Po czwartkowej sesji Remak poinformował, że zawarł największy kontrakt eksportowy w swej historii. Za sumę 45,468 mln zł spółka wykona kotły w dwóch estońskich elektrowniach. Kontrakt będzie realizowany do końca lipca 2004 r. Zeelektryzowała mnie wiadomość, że podpisanie umowy wypełniło portfel zamówień Remaku na cały bieżący rok. Stwierdziłem, że jest to doskonała okazja na zastąpienie papierów Orbisu akcjami Remaku. Dlatego w piątek złożyłem zlecenie sprzedaży PKC Orbisu oraz takie samo zlecenie kupna 750 akcji Remaku. Orbis poszedł po 22,7 zł. Nie narzekam. W ciągu dwóch miesięcy zarobiłem na nim 233,75 zł brutto. Po odliczeniu dwóch prowizji (68,5 zł) czysty zysk to 165,25 zł.

Akcje Remaku zostały kupione po 2,34 zł. Kurs szybko piął się do góry, tak że po kilkunastu minutach notowania spółki były wyższe od czwartkowego zamknięcia o 10 proc. Później co prawda kurs trochę spadł, ale jestem optymistą — wierzę, że w najbliższych tygodniach spółka da mi mój upragniony 30-40-proc. zysk.