Czasem warto postawić wszystko na jedną kartę

Paweł Zielewski
opublikowano: 2005-12-21 00:00

Na podsumowanie jeszcze przyjdzie czas. Ostatecznie do końca roku pozostało jeszcze dziesięć dni. Wiele może się zdarzyć, szczególnie na rynku kapitałowym czy walutowym, które — chcąc nie chcąc — muszą coraz uważniej przyglądać się politykom. A ci, wydaje się, albo nie są zadłużeni w bankach, albo akcje kojarzą wyłącznie z filmami akcji. Każdy głos dobiegający bądź to z Sejmu, bądź z resortów gospodarczych w mniejszym lub większym stopniu odbija się na nastrojach inwestorów. Czasami jest to mocna czkawka, niekiedy pusty śmiech. Jednak zapomnijmy o czasach, gdy politycy mówili swoje, a rynek robił swoje.

To dzisiaj chyba najpoważniejszy element ryzyka w działalności na wszystkich rynkach. Inwestorzy starają się — co prawda — przewidzieć kolejne ruchy „tych, którzy wiedzą, co dla nas najlepsze”, ale przewidzieć nieprzewidywalne jest naprawdę trudno. Stąd dzisiejszą, przedostatnią w tym roku „Drogę po kapitał” zaczynamy nietypowo. Miało być lżej, ale nie udało się. Okazało się, że uświadomienie sobie prostego faktu, iż inwestowanie, którego celem jest osiąganie przynajmniej zadowalających zysków, ma więcej wspólnego z hazardem, niż większość inwestorów sobie by życzyła. Temat, który powinien być oderwaniem od przedświątecznej gorączki, zamiast ukoić nerwy inwestorów, może niektórym z nich jeszcze bardziej popsuć nastroje.

Na pocieszenie — w tym szaleństwie jest metoda. Tęgie głowy pracują nad tym, by zminimalizować ewentualne straty wynikające z nagłego zepsucia nastrojów inwestycyjnych bądź ochłodzeniem klimatu inwestycyjnego. Analitycy próbują dopasować skomplikowane matematyczne wzory, ocierające się o teorię chaosu, po to tylko, by z wyprzedzeniem spróbować ocalić zyski najdrobniejszych ciułaczy. Niemniej jednak inwestowanie w cokolwiek jest elementem gry hazardowej, w której jest tyle samo wygranych, ile przegranych. Chodzi o to, by znaleźć się w tej pierwszej grupie.

Najważniejsze jednak jest znalezienie odpowiedzi na pytanie — skoro ryzyko każdej inwestycji jest poważne, a cały proces inwestowania to ruletka, to dlaczego z roku na rok inwestujących jest coraz więcej. W dodatku inwestujących, którzy mają świadomość, że większość obietnic megazysków w reklamach to mit i liczby brutto, dalece odbiegające od realnych zysków. Hazard defioniowany jest jako choroba emocji i posiada wszelkie symptomy silnego uzależnienia. Powie ktoś, przecież miliony grają w lotto. To prawda, ale szansa wygranej jest tak niewielka, że na dalekim marginesie zebrani zostali ci, którzy święcie wierzą, że tym razem to już na pewno zostaną multimilionerami.

Inwestowanie, zwłaszcza w atmosferze ryzyka powodowanego czynnikami zewnętrznymi (jak nieszczęsna polityka), powoduje wzrost adrenaliny. I o to głównie chodzi. Możliwe ogromne zyski wędrują na drugi plan. Liczy się ten dreszczyk emocji. Niestety, kiedy kończą się pieniądze, jedne emocje przechodzą w drugie — znacznie mniej przyjemne. Chodzi więc o to, by jak najdłużej być zdolnym utrzymać te „lepsze”. Jest na to sposób...

Co jednak zrobić z tymi, którzy chcą zarabiać, a nie lubią emocji związanych z inwestowaniem? Najłatwiej podpowiedzieć: idź do banku, złóż lokatę. Przynajmniej ocalisz pieniądze przed złym wpływem inflacji. Pyszna rada, Wuju Dobra Rada! — powie ktoś złośliwy. Ano pyszna, dlatego...

Kończący się rok był czasem pełnym wyzwań. Największym, przed którym stanąć musiały spółki (nie tylko giełdowe), okazało się wprowadzenie międzynarodowych standardów sprawozdawczości finansowej. Rok doświadczeń obnażył słabości niektórych firm, pokazał użyteczność standardów, ale przede wszystkim zrodził kolejne pytania i wątpliwości. Andre Helin, prezes BDO Polska, nikogo nie gani, nikogo też nie winduje na piedestał. Z ogromną dozą obiektywizmu opisuje nie tyle same standardy (bo o nich powiedziano już wystarczająco dużo, choćby na łamach „Drogi po kapitał”), ile niewyjaśnione wątpliwości. Pokazuje, że lata przygotowań do wdrożenia rachunkowości „po nowemu” nie zdołały oduczyć niekorzystnych zachowań, nie wyrugowały niektórych przyzwyczajeń księgowych, a części z nich w ogóle niczego nie nauczyły. Dlatego nie było innego wyjścia — dziesięć przykazań księgowego, zmagającego się z MSSF, które znajdziecie państwo na stronie VI dodatku powinno znależć swoje miejsce... nad biurkiem.