Binder, producent mrożonek, nie ma wątpliwości: europejscy wytwórcy muszą łączyć siły w obronie przed bardzo tanim importem.
„PB”: 95 proc. produkcji Binder International Warszawa trafia na eksport. Jak udało się to osiągnąć?
Arkadiusz Wilanowski, dyrektor Binder International Warszawa: Eksportujemy od momentu uruchomienia produkcji. 80 proc. trafia do UE, około 10 proc. do Norwegii. Zaopatrujemy też USA, Kanadę i Japonię. W tym biznesie liczy się przede wszystkim umiejętność reakcji na zmieniające się warunki popytu i podaży. Często trzeba podejmować błyskawiczne decyzje. To trochę jak gra w ruletkę. Nasz sukces to jakość i terminowość dostaw.
Produkcję rozpoczęliście w 1997 roku. Jaka była droga firmy?
— Zaczęliśmy produkować w dzierżawionym zakładzie. Własne moce przerobowe uruchomiliśmy po zakupie chłodni w Nasielsku. W 2001 r. nabyliśmy zakład w Tarczynie, który po ostatecznym przejęciu pozwolił podwoić produkcję. Osiągnęła ona 52 tys. ton rocznie.
W jaki sposób pozyskujecie nowych klientów i rynki?
— Szukamy dużych producentów, którzy wykorzystują nasze wyroby do dalszego przetworzenia oraz dystrybutorów. Wejście na nowy rynek zawsze wiąże się z dużymi kosztami. Musimy kusić klienta ceną, która zazwyczaj równa jest w początkowej fazie ekspansji kosztom produkcji. Poza tym zakłady muszą być prowadzone na takim poziomie, aby audyt ze strony potencjalnego kontrahenta nie oznaczał klapy kontraktu.
Jaka jest recepta na powodzenie?
— Podstawą jest respektowanie przepisów. Nasza droga to ustawiczne doskonalenie zakładów i inwestycje. Spocząć na laurach oznacza wypaść z rynku. Wdrożyliśmy HACCP, GMP i GHP, a w planach mamy ISO 9001:2001. Unijna dbałość o środowisko przełożyła się na budowę automatycznej oczyszczalni ścieków w Nasielsku.
Jestem natomiast przekonany, że w najbliższym czasie czeka nas i innych producentów z branży potyczka z Chinami. To groźny rywal. Jego bronią jest tania siła robocza, ostra konkurencja cenowa i kurs waluty regulowany przez chiński rząd.
Może Pan podać jakieś konkretne liczby na poparcie tych przewidywań?
— W 2003 r. eksport chińskich truskawek na rynki UE potroił się. Cena 1 kg, wliczając cło, była trzykrotnie niższa od polskiej bez cła. Różnica aż nadto widoczna...
Czy widzi Pan sposób na zabezpieczenie zbytu europejskim wyrobom?
— Cała nadzieja w konsolidacji producentów europejskich. Chińska tanizna nie zagraża tylko Polsce, ale i np. Grecji czy Hiszpanii. Liczę, że w razie podbramkowej sytuacji branża wystąpi o nałożenie ceł antydumpingowych na Chiny.
Sama jakość nie jest wystarczającym atutem dla klienta. Nawet jeśli polskie produkty kuszą soczystością i smakiem owoców wyhodowanych na dobrych ziemiach.
Czego oczekiwałby Pan od polskiego rządu, jakiej formy pomocy?
— Raczej skierowałbym postulat do polskich producentów. Powinni oni stworzyć silną reprezentację, która dbałaby o ich interesy wobec rządu polskiego i UE.