Jeszcze kilka lat temu zagraniczne zespoły traktowały Polskę wyłącznie jako szybki przystanek między koncertami w Niemczech. Dziś zdarza się, że nad Wisłą grają częściej niż za naszą zachodnią granicą. Na tej zmianie wyrosła warszawska Progresja – klub, który zaczynał od kameralnej sali na 200 osób, a dziś produkuje wydarzenia na scenach i stadionach w całej Polsce.
Zaufania nie zdobywa się jednym koncertem
Kiedy w 2003 r. Marek Laskowski trafił do branży muzycznej, miał już ponad 40 lat i doświadczenie w handlu odzieżą. Powodem życiowej wolty była przede wszystkim pasja. W młodości grał na gitarze, a muzyki słuchał od zawsze. Otwierając mały klub na warszawskim Bemowie, chciał spełniać swoje marzenia.
Początki nie były jednak łatwe. Problemem okazała się nawet… muzyka. Przedsiębiorca szybko się zorientował, że jego gust niekoniecznie odpowiada młodej publiczności. Zamiast jednak próbować narzucać swoje upodobania, dopuścił młodsze pokolenie do głosu. To ono mu pokazało, jak zmieniają się rock i punk.
Po trzech latach klub przeniósł się do większej siedziby, również na Bemowie. W 2014 r. Progresja trafiła na warszawską Wolę, gdzie działa do dziś. Organizowane przez nią wydarzenia przyciągają już około 250 tys. uczestników rocznie. Klub wraz ze sceną plenerową gości co roku ponad 200 koncertów i innych wydarzeń muzycznych.
Wolne terminy są towarem deficytowym. Jeśli ktoś chciałby zorganizować w Progresji koncert w weekend, najbliższy dostępny termin przypada dopiero… w 2028 r.
Klub współpracuje też z największymi organizatorami koncertów w Polsce i za granicą, m.in. z Live Nation Polska, Alter Art i Knock Out Productions.
– Po czym poznajesz, że coś zostało zbudowane dobrze? Po tym, że ludzie wracają. Wracają artyści, wraca publiczność, pojawia się młodsza, wracają partnerzy biznesowi. Takiego zaufania nie zdobywa się jednym koncertem. Pracuje się na nie latami, dobrze zorganizowanym wydarzeniem i dotrzymanym słowem – mówi Marek Laskowski, założyciel Progresji.
Festiwal, który uratował klub
Pierwszy ważny krok w budowaniu biznesu poza własną salą Progresja zrobiła tuż przed pandemią. Zewnętrzny kontrahent zaproponował im organizację chińskiego festiwalu świateł dla rodzin z dziećmi. Ustawiono wielkie, podświetlane figury smoków i inne chińskie motywy, które można było oglądać podczas spacerów.
Festiwal trwał od grudnia 2019 r. do lutego 2020. Przynosił niewielkie dochody, więc początkowo Marek Laskowski nie uważał tego projektu za szczególnie atrakcyjny biznesowo. Kilka tygodni później okazało się jednak, że to on zdecydował o przetrwaniu klubu.
– Polski Fundusz Rozwoju mocno wspierał firmy, które przekraczały pewien pułap obrotów. Dzięki temu festiwalowi wskoczyłem w ten pułap i dostaliśmy bardzo duże wzmocnienie finansowe. Bez tego klubu by nie było – mówi przedsiębiorca.
Gdy część obostrzeń zniesiono, Progresja zorganizowała jeden z pierwszych dużych koncertów plenerowych w kraju. Wystąpił na nim raper Mata. Wynajęty obok klubu plac stał się Letnią Sceną Progresji.
Scena działa do dziś od maja do września. Może pomieścić 9 tys. osób, a w tym sezonie zaplanowano na niej około 30 koncertów.
Polska przestała być przystankiem
Rozwój Progresji zbiegł się ze zmianą sytuacji na polskim rynku koncertowym. O tym, gdzie zatrzyma się zagraniczna trasa, decyduje przede wszystkim jej potencjał sprzedażowy. Agent planujący tournée dobiera sale w poszczególnych krajach, uwzględniając ich pojemność i spodziewaną frekwencję.
Jeszcze niedawno Polska wypadała w tym zestawieniu znacznie słabiej niż Niemcy czy Wielka Brytania.
– Kiedyś zespoły grały cztery koncerty w Niemczech i jeden w Polsce, bo nasz rynek nie był gotowy. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Czasem w Niemczech gra się dwa koncerty, a w Polsce trzy – mówi Marek Laskowski.
Na dojrzałych rynkach zachodnich widać obecnie lekkie zmniejszenie frekwencji w klubach, u nas koniunktura jest ogromna. Polska stała się dla zagranicznych artystów miejscem, w którym po prostu warto być i grać. Rynek jest tak chłonny, że podobne gatunkowo koncerty mogą odbywać się tego samego wieczoru w Stodole, Progresji i Palladium, a wszystkie trzy sale będą wypełnione po brzegi.
Klub odpowiada nie tylko za salę. Bierze na siebie cały rider zespołu, czyli wymagania techniczne i bytowe, a także hospitality: katering, garderoby i transport artystów.
– Nigdy się nie spodziewałem, że dojdziemy do statusu kultowego klubu, znanego nie tylko w Polsce, ale w całej Europie – mówi Marek Laskowski.
Skala ma swoją cenę
Rosnąca liczba koncertów oznacza także większą odpowiedzialność. Tysiące widzów to nie tylko bilety i przychody, lecz także komunikacja, hotele, gastronomia, bezpieczeństwo i współpraca ze służbami. W przypadku Letniej Sceny dochodzą jeszcze relacje z sąsiadami.
Część z nich protestuje przeciwko liczbie imprez i hałasowi. Marek Laskowski przekonuje, że choć mógłby korzystać z pełni praw, jakie dają mu przepisy, świadomie nakłada na siebie ograniczenia.
– Gdybym chciał zgłosić imprezę masową do godz. drugiej w nocy, urząd nie może mi nie wydać zgody. Gdybym chciał grać głośno, ustawa też tego nie zakazuje – mówi przedsiębiorca.
Koncerty na Letniej Scenie kończą się o godz. 22, co dla części artystów oznacza pewne komplikacje. W czerwcu, gdy o tej porze jest jeszcze jasno, krótszy czas widowiska ogranicza możliwość wykorzystania pełnej oprawy świetlnej.
Progresja dwukrotnie zleciła też niezależne badania akustyczne. Profesjonalna firma, z udziałem biegłych sądowych, mierzyła poziom hałasu bezpośrednio w okolicach domów protestujących mieszkańców. Pomiary wykazały, że klub nie przekracza obowiązujących norm.
To jednak nie zamyka sprawy. Progresja przygotowuje rozwiązania mające ograniczyć rozchodzenie się niskich częstotliwości i planuje kolejny pomiar.
– Kultura nie musi być przeciwieństwem komfortu mieszkańców. Rolą przedsiębiorcy jest szukanie rozwiązań, które pozwalają te wartości pogodzić – mówi Marek Laskowski.
Mniej piwa, więcej know-how
Kolejnym wyzwaniem jest gastronomia, która przez lata stanowiła istotną część koncertowego biznesu. Zdaniem przedsiębiorcy ten model będzie coraz trudniejszy do utrzymania.
– Nowe pokolenie odchodzi od alkoholu, a piwo było motorem wszystkich festiwali. Wiem, że browary, które dopłacają mi do sprzedaży, będą miały mniej pieniędzy, więc muszę szukać innych możliwości – mówi Marek Laskowski.
Jedną z nich jest sprzedaż wiedzy i doświadczenia zdobytych przez lata: organizacji i produkcji wydarzeń. Zespół działa dziś także w innych obiektach koncertowych. Przygotowuje strefy hospitality dla artystów, szatnie i obsługę sprzedaży merchu (oficjalnych gadżetów wykonawców). Wyjeżdża również poza Warszawę, zapewniając logistykę i produkcję całych tras koncertowych zagranicznych artystów.
– Ktoś ma pieniądze i mówi wprost, że się na tym nie zna. Trzeba postawić scenę, zawiesić głośniki, nakarmić artystę, dowieźć go i odwieźć na lotnisko, załatwić loty. To wszystko u nas działa – mówi Marek Laskowski.
W ten sposób Progresja przestaje być wyłącznie miejscem, w którym odbywają się koncerty. Staje się firmą, która potrafi je produkować niezależnie od tego, gdzie stoi scena.
Kalendarz na dwa lata do przodu
Najbliższy cel założyciel klubu formułuje prosto: zapełnić kalendarz. Jesień jest najbardziej intensywnym okresem – w październiku koncerty odbywają się niemal codziennie. Równocześnie zespół pracuje już nad programem na kolejne lata i przygotowuje produkcje poza Warszawą, m.in. w Bydgoszczy i Gdańsku.
Dla Marka Laskowskiego rozwój firmy nie sprowadza się jednak wyłącznie do liczby koncertów.
– Scenę można postawić w kilka dni. Koncert trwa kilka godzin. Ale na zaufanie i dobrą reputację pracuje się każdego dnia – podsumowuje.
Prywatnie właściciel Progresji zimą jeździ na nartach, a latem wypoczywa pod namiotem.

