Nawet 140 zakładów przetwórstwa rybnego może zakończyć działalność po integracji z UE. Do tego krajowi rybacy obawiają się, że fundusze z Unii za wycofanie kutrów wpłyną do nich zbyt późno. Ponadto rząd może chcieć coś z nich uszczknąć.
Polskie rybołówstwo jest jednym z tych sektorów, który na integracji z Unią może wiele zyskać, ale też dużo stracić. Jak podkreślają sami zainteresowani, wszystko będzie zależało od decyzji rządowych. Te jednak, zdaniem Macieja Dlouhego, prezesa Krajowej Izby Rybackiej, do tej pory są dodatkowym obciążeniem dla sektora, który i tak jest w kiepskiej kondycji.
— Rybacy nigdy nie korzystali z pomocy państwa. Cały czas musieli też ponosić spore nakłady, by utrzymać odpowiedni poziom floty, korzystając jedynie z kredytów komercyjnych. Teraz zostaną wystawieni na trudną konkurencję z firmami z UE — podkreśla Maciej Dlouhy.
Już teraz wiadomo, że nie wszyscy jej sprostają. Polska flota jest zbyt rozbudowana i w dużej części przestarzała. Z faktem, że większość rybaków będzie musiała odejść z zawodu, już się pogodzono. Nikt jednak nie wie, na jakich warunkach.
Unia, realizując politykę limitowania połowów, przeznacza spore środki finansowe na wycofanie kutrów. Takie pieniądze mają też trafić do polskich rybaków. Problem w tym, że unijna pomoc ma być w 25 proc. dofinansowana z budżetu krajowego. I tu zaczynają się schody.
— Wszystko wskazuje na to, że rząd zamierza zaoszczędzić na rybakach i okroić pulę na wycofanie, ograniczając tym samym wydatki budżetowe. Nie wiadomo też, kiedy fundusze do nich trafią. Resort rolnictwa do tej pory ostatecznie nie określił, ile kutrów zostanie wycofanych i na jakich warunkach. Każde opóźnienie w wykorzystaniu pomocy z UE po integracji oznaczać będzie bankructwo polskich rybaków — podkreśla Maciej Dlouhy.
Lech Kępczyński, dyrektor departamentu rybołówstwa w resorcie rolnictwa, podkreśla, że ministerstwo wystąpiło o zaplanowanie w rezerwie celowej pełnej kwoty dla rybaków.
— Traktuję niemal jak doktrynę zapowiedzi rządu o wykorzystaniu pełnej puli pomocowej z Unii. W porównaniu z miliardami na budowę autostrad nie jest to duża kwota — podkreśla Lech Kępczyński.
Dodaje, że rejestr statków będzie przygotowany przez resort do końca sierpnia, ale rybacy muszą dokonać opomiarowania jednostek. Bez tego nie ma co liczyć na pieniądze z Unii.
Spore zmiany czekają też przetwórców ryb, którzy do tej pory korzystali na atrakcyjnym imporcie surowca z Norwegii i Islandii, sprzedając swoje wyroby m.in. na rynku Unii. Teraz obejmą ich umowy w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego, które regulują handel między UE a Norwegią, Islandią i Lichteinsteinem. Tutaj obowiązuje jeden kontyngent, o który walczą zainteresowane kraje UE (tzw. system olimpijski). Jak szacuje Jerzy Safader, prezes Polskiego Stowarzyszenia Producentów Ryb, po to, by utrzymać produkcję, krajowi przetwórcy mogą importować około 30 proc. ryb poza kontyngentem. W przypadku śledzi i makreli cła wahają się od 12 do 20 proc., a dodatkowe opłaty antydumpingowe to 0,32 EUR za kilogram. Nieco lepiej jest z łososiem, który obłożony jest 3,8- -proc. stawką celną.
W ten sposób producenci będą zmuszeni do podniesienia cen na swoje wyroby.
— Cały czas mamy nadzieję, że Norwegia będzie się starać o podwyższenie kwot wynegocjowanych z Unią — mówi Jerzy Safader.
Problemem jest też niewielki postęp w modernizacji zakładów oraz małe zainteresowanie mniejszych przetwórni ubieganiem się o okres przejściowy do końca 2006 r. Składanie wniosków w tej sprawie już się bowiem zakończyło.
— Nie wiadomo, czy ich wnioski zaakceptuje jeszcze Komisja Europejska. Ale brak walki o przetrwanie jest dla mnie dużym zaskoczeniem — twierdzi Jerzy Safader.
Dodaje jednak, że zniknięcie 140 firm z rynku nie będzie jednak żadną katastrofą. Około 1,5 tys. utraconych miejsc pracy zostanie przeniesionych do większych zakładów, które szybko uzupełnią lukę na rynku.
OKIEM RYBAKA
Najbardziej boimy się nie Unii, ale niekompetencji polskich urzędników. Rząd postrzegamy bardziej jako przeciwnika niż partnera do dyskusji. Dlatego w tej chwili Unia jawi się nam jako szansa. Dzięki pomocy z UE krajowa flota rybacka łagodniej przejdzie proces restrukturyzacji. Niestety, rząd do tej pory nie przedstawił nam zasad, na jakich będą wycofywane kutry. Nie wiemy też, na jakie pieniądze możemy liczyć. Informacje, które do nas spływają, są niekonkretne. Urzędnicy w stolicy nie zapominają za to choćby o unieważnianiu tzw. świadectw radarowych po upływie 20 lat. Nie przedłuża się ich jak prawa jazdy czy innych uprawnień, tylko nakazuje ponownie przechodzić kurs i zdawać egzamin, co kosztuje 800 zł.
Zdzisław Strzegowski właściciel kutra Łeb 80, rybak od 38 lat, członek zarządu KIR
OKIEM PRZETWÓRCY
Integracja z Unią Europejską jest zagrożeniem szczególnie dla tych producentów, którzy — tak jak nasze przedsiębiorstwo — korzystają z krajowego surowca. Wraz z wejściem do wspólnoty poprzeczka zostanie podniesiona i dla nas, i dla rybaków, ale wydaje się, że to rybacy będą mieli o wiele większe problemy, by sprostać wymaganiom, szczególnie weterynaryjnym.
Martwię się o ich los, bo wiem, ile im zawdzięczam. Współpracuję z kilkunastoma kutrami i myślę, że filozofia myślenia o warunkach połowu u niektórych z nich musi się zmienić.
Jeśli chodzi o dostosowania mojej firmy, to mamy je już praktycznie za sobą.
Józef Chlebiński prezes Balt-Ryb ze Świbna