Ceny ropy skoczyły we wtorek po ogłoszeniu przez Arabię Saudyjską cięć w produkcji surowca. Tym samym cena ropy kontynuuje dynamiczny trend wzrostowy, który doprowadził ją do najwyższego poziomu od listopada zeszłego roku. Naturalnie pojawia się więc pytanie, czy szybka dezinflacja na świecie, z którą wiąże się nadzieje na ożywienie konsumpcji i wzrostu gospodarczego, zostanie zatrzymana. Na pewno trochę utrudni stabilizowanie cen, ale nie powinien to być punkt zwrotny.
Arabia Saudyjska zapowiedziała, że od października do stycznia obniży produkcję ropy o 1 milion baryłek dziennie wobec planów, a właściwie że przedłuży cięcia obowiązujące od kwietnia. Tym samym światowa podaż będzie o około 1 proc. niższa od planów. Nie jest to dużo, ale trzeba pamiętać, że nawet nieduże zaburzenia w bilansie produkcji i konsumpcji mogą wywołać odczuwalne wahania cen, ponieważ popyt na energię cechuje się dość niską elastycznością. Dlatego w ciągu jednego dnia ropa zdrożała o 1,5 proc., a w ciągu trzech miesięcy już o ponad 20 proc. Arabia Saudyjska sygnalizowała możliwość ograniczenia wydobycia, więc rynek od jakiegoś czasu dyskontował tego typu zmiany.
Jakie znaczenie ma ten ruch dla rynku ropy? Według szacunków Departamentu Energii Stanów Zjednoczonych światowy rynek paliw płynnych (wśród których dominują produkty ropopochodne, dlatego w innych miejscach piszę o bilansie rynku ropy) charakteryzował się w II kw. niedoborem konsumpcji wobec podaży w wysokości około 0,3 miliona baryłek dziennie. Ten niedobór konsumpcji względem wielkości produkcji trwał cztery kwartały i sprawiał, że ceny systematycznie spadały. Biorąc pod uwagę, że rynek stopniowo wracał do równowagi między konsumpcją a produkcją, ruch Arabii Saudyjskiej może oznaczać, że pod koniec 2023 r. pojawi się nadwyżka konsumpcji nad produkcją w wysokości 0,3-0,5 mln baryłek dziennie.
W przeszłości taka nadwyżka konsumpcji związana była ze średnim wzrostem cen o około 5-10 proc. w ciągu kwartału. Nie jest to więc zaburzenie o bardzo dużym wpływie na ceny, jeżeli nie będzie trwało bardzo długo. Patrząc na bilans rynkowy, na razie nie ma powodów, by wieścić wielką hossę cen ropy. Musiałoby dojść do dynamicznego ożywienia gospodarczego na świecie, na co na razie się nie zanosi, lub OPEC+ musiałby celowo wpędzać świat w kolejny kryzys inflacyjny. Rozumiem chęć zaczepki, ale nie podstawiania nogi.
Teraz pytanie o inflację. Do tej pory w tym roku średnia cena ropy wynosiła około 82 USD. Teraz jest o około 10 proc. droższa, co może podnieść inflację o 0,2-0,3 proc. Nawet jeżeli ropa zdrożeje jeszcze o kilka dolarów, to nie będzie to bardzo istotna zmiana w trendach inflacyjnych. Jasne — utrudni to proces dezinflacji, ale w zetknięciu z niższymi cenami wielu innych surowców (gazu, żywności, metali) oraz w konfrontacji z niskim popytem konsumpcyjnym nie jest to czynnik, który przemaluje krajobraz inflacyjny na inne barwy.

