O takiej ekspozycji informował wcześniej Bank Rozliczeń Międzynarodowych.
- Myślę, że to niedokładne szacunki, bo to oznaczałoby olbrzymi napływ kapitałów zagranicznych do regionu i jest niezgodne z danymi, jakie otrzymujemy z tych krajów – powiedział Treichl. – Za kilka tygodni wyjaśnimy tą sprawę i przedstawimy kwotę, która ma sens – dodał.
Erste Bank to jeden z najbardziej zaangażowanych w środkowej i wschodniej Europie banków. Niedawno pojawiły się raporty, m.in. agencji Moody’s, które powołując się na kwotę podaną przez Bank Rozliczeń Międzynarodowych, ostrzegały przed możliwością znacznych strat, jakie najbardziej zaangażowane banki z Europy zachodniej mogą ponieść z powodu kryzysu wschodnioeuropejskich gospodarek. Bezpośrednim skutkiem było osłabienie walut regionu.
Prezes Erste Banku powiedział, że sprzeczne informacje dotyczące wielkości ekspozycji banków w centralnej i wschodniej Europie tylko zwiększyły obawy inwestorów i nasiliły istniejące problemy. Treichl podkreślił, że nie można wrzucać wszystkich krajów regionu do „jednego worka”. Są bowiem wśród nich solidne gospodarki, bez nadmiernego deficytu obrotów bieżących, czy baniek spekulacyjnych rynku nieruchomości. Wskazał jako przykład Czechy.
- W tym momencie jesteśmy w stanie odzyskać 97,5 proc. zagrożonych kredytów. To chyba nieźle – powiedział.
Pytany, czy planuje “wycofać płynność” z regionu, Treichl zdecydowanie zaprzeczył.
- Nasz biznes w Europie środkowej i wschodniej sam się finansuje. Obecnie mamy tam większą kwotę po stronie depozytów niż po stronie kredytów – powiedział.
Ujawnił, że kwota depozytów to ok. 50 mld EUR, a kredytów to 48 mld EUR. Przyznał jednak, że dwucyfrowy wzrost regionu, normalny w okresie ostatnich lat, już się nie powtórzy i że w związku z tym Erste Bank nie planuje zwiększenia inwestycji na tych rynkach.
- Stańmy na ziemi. Mamy tam dużą płynność i nie spodziewamy się gwałtownego wzrostu akcji kredytowej w regionie – powiedział.
MD, cnbc.com