Europa zmaga się z przemysłowym szokiem wywołanym przez Chiny. To już drugi tego typu wstrząs – i sprawił on, że Unia Europejska bije na alarm.
„Niektórzy mówią, że drugi chiński szok czai się na horyzoncie. Ale on już tu jest. Prowadzi to do dezindustrializacji w samym sercu europejskiego przemysłu” – powiedziała na początku września w stanowczym przemówieniu Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, wyraźnie zaostrzając retorykę wobec Pekinu.
W przeciwieństwie do pierwszego szoku z początku lat 2000., kiedy do Europy napływały tanie towary, takie jak odzież, zabawki czy drobne AGD, tak zwany chiński szok 2.0 stanowi bezpośrednie zagrożenie dla kluczowych gałęzi przemysłu UE.
– Wzrost gospodarczy Chin oraz gałęzie przemysłu, które ten kraj rozwija, w dużej mierze pokrywają się z obszarami, w których Europa dotychczas przodowała. Tam, gdzie znajduje się ostatni bastion konkurencyjności przemysłowej Europy – mówi Luke Patey, który blisko obserwuje Chiny jako starszy naukowiec ds. geoekonomii w Duńskim Instytucie Studiów Międzynarodowych (DIIS).
Chiny bezpośrednio zagrażają egzystencji zasłużonego europejskiego sektora motoryzacyjnego za sprawą zaawansowanych technologicznie i tanich pojazdów elektrycznych. Pekin silnie zdominował również rynek zielonej energii, w tym paneli fotowoltaicznych i turbin wiatrowych. Ponadto produkuje baterie, magnesy oraz wydobywa metale ziem rzadkich, używane w niemal wszystkich zaawansowanych maszynach.
Choć szczery dialog pozostaje priorytetem, równie ważne jest osiągnięcie pierwszych konkretnych rezultatów w Pekinie w październiku.
Dlatego Ursula von der Leyen rozpoczęła akcję ratunkową. W czerwcu szefowa komisji otrzymała jasny sygnał od szefów państw i rządów UE: deficyt handlowy z Chinami jest całkowicie nie do utrzymania.
Deficyt ten stale rośnie i obecnie szacuje się go na około 1 mld EUR (4,3 mld zł) dziennie, co odpowiada rocznemu deficytowi na poziomie prawie 362 mld EUR (1,55 bln zł).
Z jednej strony UE próbuje – poprzez intensywny dialog z chińskim reżimem – zawrzeć porozumienia mające na celu zmniejszenie tego deficytu. Chodzi o ograniczenie udziału chińskich towarów oraz zapewnienie europejskim firmom lepszego dostępu do chińskiego rynku.
Z drugiej strony Komisja Europejska przygotowuje twardszy kurs wobec Pekinu, jeśli dialog nie przyniesie rezultatów. Może to oznaczać skuteczniejsze i częstsze sięganie po unijne instrumenty ochrony handlu, zabezpieczające rodzimy przemysł przed nieuczciwą konkurencją. Komisja rozważa także stworzenie zupełnie nowych narzędzi w swoim arsenale. Jednocześnie Bruksela zbroi się, wprowadzając do swoich przepisów szeroki wachlarz klauzul typu „kupuj europejskie”.
Kiedy Maroš Šefčovič, unijny komisarz ds. handlu, uda się do Pekinu w dniach 8–9 października, będzie to zwieńczenie dotychczasowych prac KE – i okazja, by wraz z przywódcami państw UE ustalić dłuższą strategię wobec Chin.
„Choć szczery dialog pozostaje priorytetem, równie ważne jest osiągnięcie pierwszych konkretnych rezultatów w Pekinie w październiku” – ostrzegał Olof Gill, rzecznik Komisji Europejskiej, dzień po ważnym przemówieniu Ursuli von der Leyen we wrześniu.
Miliony miejsc pracy na szali
Luke Patey nie ma wątpliwości: drugi chiński szok już uderzył w Europę z dużą siłą.
– Trwa to już od pewnego czasu, a jego wpływ na europejskie gospodarki stale rośnie – zauważa ekonomista z DIIS.
Szacuje, że setki tysięcy miejsc pracy w europejskim przemyśle już zniknęły, a kolejne setki tysięcy są zagrożone, ponieważ firmy z UE nie potrafią utrzymać tempa narzuconego przez Chińczyków.
Główne kierownictwo Komisji Europejskiej szacuje, że zagrożonych w „krótkiej perspektywie” jest aż 29 mln miejsc pracy.
– Deficyt handlowy z innym krajem nie musi być automatycznie czymś negatywnym – podkreśla Luke Patey.
Tanie towary, takie jak odzież czy elektronika produkowana w Chinach, pomagają utrzymywać ceny konsumpcyjne na niskim poziomie. Towary z importu, wykorzystywane jako komponenty w większych łańcuchach produkcyjnych (np. przy budowie maszyn w Europie), również nie stanowią zagrożenia.
Jednak deficyt UE w relacjach z Chinami stał się problematyczny, ponieważ Chińczycy w dużej mierze wytwarzają zaawansowane technologicznie produkty końcowe, które konkurują bezpośrednio z europejskimi odpowiednikami. Co więcej – jak w przypadku chińskich aut elektrycznych – UE stoi na stanowisku, że wiele z tych gotowych produktów jest potężnie subsydiowanych z państwowej kasy, co narusza zasady konkurencji i reguły Światowej Organizacji Handlu (WTO).
– W rezultacie, zamiast tworzyć miejsca pracy generujące dochody i dobrobyt w Europie, handel z Chinami niszczy nasze miejsca pracy, dochody i dobrobyt – mówi Luke Patey.
Gdy Chiny groziły zaostrzeniem kontroli eksportu w zeszłym roku, fabryki samochodów nie tylko w Europie, ale także w USA i Japonii po prostu zamykały produkcję i odsyłały pracowników do domów. Nie mogły już produkować aut. To jest siła, którą dysponują Chiny: całkowity paraliż
Szok ten uderzył przede wszystkim w motor gospodarczy Europy – Niemcy, gdzie mocno ucierpiał przemysł motoryzacyjny i chemiczny.
A gdy cierpi przemysłowe serce Europy, reszta kontynentu również odczuwa wstrząs.
W Niemczech kolejne rządy przez długi czas prowadziły politykę przychylną Chinom. Jednak w ciągu ostatniego roku niemiecki kanclerz Friedrich Merz zaczął wyrażać coraz ostrzejszą krytykę wobec Pekinu.
W czerwcu oświadczył, że niedopuszczalne jest, żeby państwa stosowały subsydia do tworzenia „nadmocy produkcyjnych”, które następnie zalewają europejski rynek.
– Niemcy wciąż ważą interesy przemysłowe z interesami narodowymi. Dziś, gdy sprzedaż takich marek jak Volkswagen czy BMW w Chinach jest pod presją, widzimy zmianę w retoryce wobec Pekinu – mówi Luke Patey.
W Hiszpanii premier Pedro Sánchez próbuje stosować jedną z najbardziej pragmatycznych strategii na kontynencie. Chodzi o przyciąganie dużych chińskich inwestycji na hiszpańską ziemię – na przykład fabryk baterii i wielkich projektów związanych z energią odnawialną.
To podobne podejście do wybranego przez prochińskie Węgry, gdzie jak grzyby po deszczu wyrastają ogromne chińskie inwestycje w fabryki aut elektrycznych i baterii.
Stoi to w ostrym kontraście do drugiej co do wielkości gospodarki UE – Francji, która od dawna opowiada się za znacznie bardziej protekcjonistycznymi działaniami wobec Chin. Zdaniem Luke'a Pateya Francuzi mają rację.
– Jeśli chcemy uratować te miejsca pracy, potrzebne są silniejsze bariery handlowe. W krótkiej perspektywie będzie to kosztowne, ale jeśli Europie uda się poprawić konkurencyjność w branżach najbardziej narażonych na chińską konkurencję, możliwa będzie rywalizacja na bardziej wyrównanych warunkach – uważa ekspert.
As w rękawie Unii Europejskiej
Zdaniem starszego naukowca wizyta komisarza Maroša Šefčoviča w Pekinie nie musi oznaczać automatycznej eskalacji konfliktu handlowego z Chinami.
– UE ma znacznie silniejszą pozycję wobec Chin, niż Europejczykom się wydaje – mówi ekonomista, wskazując, że atutem UE jest po prostu dostęp do rynku europejskiego, który należy do największych na świecie.
Z drugiej strony Chiny również mają silną kartę w negocjacjach. Jest nią dostęp do surowców krytycznych i metali ziem rzadkich, których są czołowym producentem na świecie i na które pekińskie władze wprowadziły już kontrole eksportowe.
– Gdy Chiny groziły zaostrzeniem kontroli eksportu w zeszłym roku, fabryki samochodów nie tylko w Europie, ale także w USA i Japonii po prostu zamykały produkcję i odsyłały pracowników do domów. Nie mogły już produkować aut. To jest siła, którą dysponują Chiny: całkowity paraliż – zauważa Luke Patey.
Zdaniem eksperta Chiny będą jednak ostrożne z zagrywaniem tą kartą. Mogłoby to bowiem wywołać odwrotny skutek i zmotywować Europejczyków do masowych inwestycji we własne wydobycie i przetwarzanie metali ziem rzadkich.
Czy strony zdecydują się na użycie swoich asów, okaże się w przyszłym tygodniu, gdy Maroš Šefčovič zakończy rozmowy w Pekinie z Wang Wentao, chińskim ministrem handlu.
Niezależnie od wyniku przywrócenie równowagi w relacjach handlowych zajmie czas:
– Mamy do czynienia z długofalowym, strukturalnym zaburzeniem konkurencji, które trwa już od pięciu lat. Dlatego żaden krótkoterminowy kompromis nie przyniesie natychmiastowych rezultatów – podsumowuje Luke Patey.
Artykuł opublikowany za duńskim portalem biznesowym Borsen z Grupy Bonnier.
