Wiele do myślenia daje zupełny brak reakcji inwestorów na serię krajowych danych makroekonomicznych z inflacją na czele. Niewykluczone, że inwestorzy ślepo wpatrzeni w rozwój trendu na Wall Street przestali zwracać uwagę na to, od czego teoretycznie powinni uzależniać decyzje inwestycyjne, a mianowicie na fundamenty polskiej gospodarki.
Te co prawda nie pogorszyły się znacząco, ale można było chociaż oczekiwać krótkotrwałej emocjonalnej reakcji na sporo gorszą od oczekiwań wartość wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) we wrześniu. Nic jednak takiego nie nastąpiło. Analitycy prognozowali wzrost do 1,9 proc. z 1,5 proc. w sierpniu. Tymczasem inflacja we wrześniu przyspieszyła do 2,3 proc.
Skoro te dane przeszły bez echa, to tym bardziej nie mogły go wywołać informacje o wynagrodzeniach, zatrudnieniu czy bilansie handlowym. Zmienność indeksu największych spółek utrzymała się na bardzo niewielkim poziomie z pierwszej połowy sesji. Tymczasem na poprawienie czeka rekord intraday 3919,10 z 9 lipca. Do przekonującego pobicia lipcowego rekordu trzeba jednak będzie zmobilizować większe siły. W poniedziałek obroty sięgnęły skromnej sumy 770 mln zł.
Nieco żywiej zareagowali gracze na spadkowy początek notowań na Wall Street. Potwierdza to silną korelację polskiej giełdy z amerykańską, choć nie da się tego uzasadnić związkami gospodarczymi krajów czy poszczególnych spółek. Liczą się tylko emocje.
Amerykanie rozpoczęli tydzień na minusie choć indeks aktywności wytwórczej w stanie Nowy Jork niespodziewanie wzrósł w październiku do 28,8 pkt. Analitycy spodziewali się spadku z 14,7 pkt w poprzednim miesiącu do 13,1 pkt w obecnym. Zamiast się jednak cieszyć inwestorzy znów popatrzyli na dane przez pryzmat zbliżającego się posiedzenia FOMC i stwierdzili, że dobre dane zmniejszyły szanse na obniżkę stóp.