Najpierw mu Turek zabrał milion. Potem w komin poszła inwestycja warta sześć miliardów. Tak potężny pech zmusił go do szukania szczęścia w polskich sądach. Po ośmiu latach szarpaniny wyrwał jak psu z gardła pierwsze wyroki. Teraz desperat macha tymi papierami — jakby chciał, żeby zobaczył je cały świat.
Dariusz Przybyła mówi, że były wspólnik, Osman Yildiz po prostu go okradł. I zniknął z Polski. Przed rokiem nasza rozmowa nie bardzo się kleiła. Turek winien mu jest ponad milion dolarów. Dług pojawił się wskutek interesów, które prowadził z Yildizem tuż po zmianie ustroju. Sprowadzali do Polski nawozy z Białorusi. Mieli wspólny rachunek w tureckim banku. Któregoś dnia kompan wyjechał z Polski i opróżnił konto z kasy.
— Wszystko — urwał wystrychnięty na dudka Polak.
Wówczas Przybyła zwracał naszą uwagę na zupełnie inne fakty swej „tragicznej historii” — człowieka, który rozbraja szczerością, inteligencją, opanowaniem i kulturą. Opowieść pełna była gorzkich wspomnień i przykrych wydarzeń. Wraz z nim cierpiała jego rodzina. — Ale — podkreślał — „trzeba o tym napisać! Trzeba napiętnować złych ludzi!”.
Naszym zdaniem, spiralę nieszczęść Dariusza Przybyły zaczął nakręcać Turek. Ale Dariusz Przybyła zwraca uwagę na inny wątek.
31 stycznia 1994 roku spółka cywilna Dorway, której był wspólnikiem, zawarła z BRE Services (obecnie BRE Leasing) umowę leasingu. Co podlegało leasigowi? Wyposażenie restauracji HARRY’S BISTRO w Gdańsku Wrzeszczu: urządzenia klimatyzacyjne i wentylacyjne, urządzenia i wyposażenie gastronomiczne, system telewizji przemysłowej, meble, w tym lada — obudowa urządzeń gastronomicznych, kasy komputerowe i komputery oraz nowy samochód dostawczy.
Przybyła w wyobraźni oprowadza nas po swoim nowym lokalu.
— Nie wiem, czy panowie znacie taką restaurację w Berlinie Zachodnim... Lokal szwajcarskiej firmy Mövenpick. Myśmy się na niej wzorowali. Miało być tak: wchodzi sobie klient i taką ścieżką, zaprojektowaną przez architekta (broń Boże nie mylić tego z McDonald’sem!) wędruje od jednego do drugiego stanowiska, przy tych stanowiskach stoją kucharze i przy kliencie, na jego oczach, na jego życzenie mogą coś przygotować z kuchni włoskiej albo francuskiej, albo nawet polskiej — wspomina.
Nie pamięta dokładnie, ile w to wszystko wpakował. Ale w tamtych czasach była to fortuna — mówi, że jakieś 6 mld starych złotych (czyli 600 tys. nowych złotych). To wydatki na adaptację pomieszczeń dla restauracji (wcześniej był tam sklep meblowy) i jej wyposażenie (porcelana, sztućce, ubrania specjalnie zaprojektowane dla kelnerów i obsługi... wszystkiego dokładnie już nie pamięta). Na początku myślał, że starczy mu własnych pieniędzy. Okazało się jednak, że musiał sobie pomóc umową leasingu.
— W dobrej wierze ją zawarłem — podkreśla restaurator.
Do umowy ustanowił zabezpieczenia — teraz ocenia, że niewspółmierne do ryzyka BRE Services— hipotekę na nieruchomości, dobrowolne poddanie się egzekucji do kwoty 11 miliardów 400 milionów starych złotych (i jego zdaniem trzy weksle in blanco złożone w BRE Leasing). I wreszcie dyspozycja stała do rachunku bankowego spółki Dorway. Dzięki niej leasingodawca mógł w ustalonym dniu każdego miesiąca — bez dodatkowych czynności ze strony właściciela rachunku — pobierać kwotę, wynikającą z umowy leasingu.
— Bez naszej zgody mogli sobie przelewać pieniądze na swój rachunek. Robili to! — twierdzi Przybyła.
Późniejsze wydarzenia leasingowego pojedynku przedstawiamy w uproszczeniu i telegraficznym skrócie. Według Dariusza Przybyły, BRE Services dostarczył mu jedynie cztery z sześciu elementów, przewidzianych w umowie leasingu. Brakowało urządzeń i wyposażenia gastronomicznego oraz samochodu dostawczego. Bez całkowitego wyposażenia kuchni nie można było otworzyć restauracji.
Dorway wpłacił na konto leasingodawcy 1,3 mld starych złotych (tzn. 130 tys. nowych). Przybyła bombardował BRE formalnymi i nieformalnymi wezwaniami do wykonania umowy. Bezskutecznie. BRE Leasing argumentuje, że faktyczną przyczyną wstrzymania dostaw części wyposażenia restauracji było zaniechanie przez inwestora prac budowlanych — może z powodu konfliktu z Turkiem.
Przybyła zaprzecza. Stanowczo. Do października ’94 nic się nie zmieniło. Dorway odstąpił zatem od warunków umowy i zażądał zwrotu pieniędzy.
BRE odmówił, zażądał zwrotu przekazanych przedmiotów leasingu i przystąpił do egzekucji zabezpieczeń — wystąpił o nadanie aktowi notarialnemu klauzuli wykonalności. Sąd się na to nie zgodził. Oświadczenie Przybyły ma bowiem wadę formalną: nie jest w nim określony termin wykonania zobowiązania... BRE Services przesłało więc Dorwayowi zawiadomienie o uzupełnieniu weksla in blanco („zaraz znajdę i panom pokażę” — mówi Przybyła).
Dla Dariusza Przybyły stało się jasne, że zwrotu pieniędzy i ewentualnego odszkodowania trzeba dochodzić w sądzie. W roku 1995 — w restauracji nadal nic się nie działo — Przybyła szukał gorączkowo kupca, w końcu popadł w tarapaty finansowe. Twierdzi, że nie miał pieniędzy, by pozwać firmę BRE Services (opłata — 8 proc. wartości kwoty sporu). Taki stan rzeczy trwa do jesieni 1997 roku. Wcześniej scedował prawa do wynajmu gdańskiego lokalu na mamę, która wykupiła w końcu te pomieszczenia i wynajęła je Wielkopolskiemu Bankowi Kredytowemu.
Tymczasem szefowi spółki Dorway zaczęło zagrażać przedawnienie roszczeń.
— Po cichu liczyłem, że to BRE wystąpi z powództwem... — mówi.
Zawiódł się. Praktycznie ostatniego dnia przed przedawnieniem Przybyła wystąpił z powództwem przeciwko swemu leasingodawcy i złożył do Sądu Okręgowego w Warszawie wniosek o zwolnienie z kosztów sądowych (z nieoficjalnych źródeł wiemy, że w tym celu wykazał ponoć dochód około 500 zł miesięcznie — jako główny żywiciel rodziny). Sąd przychylił się do tej prośby. Rozpoczął się proces, w którym Dariusz Przybyła domagał się od BRE Leasing pokrycia strat, poniesionych wskutek niewywiązania się leasingodawcy z umowy (dziś ocenia je na 2,3 mln zł nowych już złotych). Spółka leasingowa BRE wystąpiła z powództwem wzajemnym i domagała się od Przybyły około 800 tys. zł. Proces trwał od października 1997 roku przez 4 lata. Wcześniej BRE zaproponował wzajemne odstąpienie od roszczeń. Przybyła się nie zgodził.
W październiku roku 2002 zapadł wyrok wstępny — na korzyść Przybyły. Wstępny, gdyż już po zamknięciu rozprawy, Dariusz Przybyła dostrzegł w aktach brak dokumentu o nazwie „wyliczenie utraconych korzyści”, który — jak twierdzi — złożył w sądzie jeszcze 1998 r. Sąd otwarł kolejną rozprawę, by ustalić ostateczną kwotę odszkodowania. Jeśli takie wyliczenie ponownie powstanie lub zostanie odnalezione, będzie mogło być traktowane jako dowód.
Wątkiem ubocznym pozostaje sprawa złożenia do depozytu sądowego weksli w postępowaniu zabezpieczającym. Między stronami trwa spór co do liczby weksli, podpisanych — jak się okazuje — przez Dariusza i Dorotę Przybyłów. BRE Leasing twierdzi, że wykonał świadczenie. Złożył do sądowego depozytu jedyny posiadany weksel. Dariusz Przybyła mówi, że były trzy weksle. 14 października sąd wydał nieprawomocne postanowienie o nałożeniu grzywny (1 tys. zł) na Mieczysława Groszka, obecnego prezesa BRE Leasing, i nakazał uzupełnić braki w aktach sprawy. Co na to pan prezes?
— Oba postanowienia zaskarżyliśmy. Ponieważ sprawy są otwarte, nie skomentujemy ich do czasu definitywnego zamknięcia — ucina Mieczysław Groszek.
Co ciekawe: postanowienie sądu o ukaraniu prezesa Groszka trafiło do BRE Leasing faksem w dniu niejawnego posiedzenia, na którym zostało podjęte. Mieczysław Groszek oświadcza, że formalnie nie ma go tam do dziś.
Pod adresem: ul. Szturmowa 2 stoi w stolicy biurowiec o wdzięcznej nazwie University Business Center (UBC). Przybyła umawia się z nami w recepcji 13 listopada o godz. 12.45. Oprócz nas są dziennikarze „Życia Warszawy”, „Gazety Wyborczej” i ekipa Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego. Dziewczyna z WOT-u zaczyna mieć wątpliwości, pyta: — Czy Przybyła jest wiarygodny?
Nie jesteśmy w stanie udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
Tym razem nie chodzi o konflikt z BRE Leasing. Na XI piętrze biurowca przy Szturmowej ma siedzibę Deniz Investment — cel akcji Dariusza Przybyły. Czekamy ponad godzinę. Wreszcie jest. Jak zwykle spokojny, schludny, dość skromnie ubrany, w dłoni czarna, skórzana teczka. Przybywa w towarzystwie eleganckiego wspólnika — Ryszarda Jaworskiego i dwóch ochroniarzy o aparycji policjantów.
— Dzień dobry. Na początku chciałbym państwu przekazać pewien dokument. Oto postanowienie Sądu Gospodarczego z 7 listopada 2002 r. Zgodnie z nim, jestem nowym prezesem spółki Deniz Investment Company (dotychczas był nim Arkadiusz Mazur — red.). Zapraszam wszystkich do środka — mówi.
A co w środku? A w środku od godz. 14 do 17 „Dariusz Przybyła Show”.
Ochrona budynku wygląda na przygotowaną. Pan Przybyła grzecznie się wita i oznajmia, że jest nowym szefem Deniz Investment. By wjechać do swej firmy, wypełnia jednak kartę gościa. Tylko on. Reszta gromadki idzie swobodnie za nim. Dołącza do nas dwóch ochroniarzy z obsługi biurowca i szef ochrony UBC. Tłumek wjeżdża na XI piętro. Wysiadamy. Błysk fleszy, światło kamery. Skromny prezes Przybyła zmierza w stronę „swojej firmy”. Drzwi wejściowe są jednak zaryglowane na amen.
— Jak to? Dopiero po drugiej, a tu nikt nie pracuje?! — pyta zdziwiony.
Wnętrze przez przeszklone drzwi zionie pustką. Słychać dzwoniące telefony, których nikt nie odbiera. Od czasu do czasu przemykają chyłkiem pracownicy Deniza, którym się wydaje, że ich nie widać. Komiczna sytuacja. Dariusz Przybyła z powagą komunikuje, że drzwi należy wyważyć albo otworzyć za pomocą zapasowych kluczy. Musi je przecież mieć zarządca budynku! Przybyła wyciąga z teczki (kamera, flesze) dokument do firmy zarządzającej biurowcem University Business Center. Z informacją o objęciu przez niego stanowiska prezesa oraz prośbą o zmianę kodów zabezpieczających biuro Deniza i wymianę zamków. Szef ochrony obiektu dzwoni po zapasowe klucze. Ale w tej sprawie trzeba przejść do sąsiedniego budynku. Nowy prezes prosi, abyśmy zostali (nikt nie wyjdzie — przecież są media). Sam ze świtą zjeżdża na dół. Tam pozostają jego ochroniarze. On — w towarzystwie wspólnika i szefa ochrony obiektu — wychodzą do biurowca obok. Nie ma ich z kwadrans.
Na portierni trwa dyskusja ochroniarzy. Ci z UBC mówią:
— No i mamy dym na jedenastym... K...., ale odpier.... szopkę z tymi mediami. Ale nie da rady wejść do środka. Podobno decyzja sądu nie jest prawomocna i już zaskarżył ją prezes Mazur...
Wyprawa do sąsiedztwa okazuje się bezowocna — kluczy nikt nie wydał. Pojawia się za to przedstawiciel zarządcy obiektu — z komunikatem, że Arkadiusz Mazur jest w drodze. Przyjedzie i otworzy biuro. Po chwili dodaje, że właściwie prezes Deniza cały czas był na miejscu... Dzwoni jego telefon komórkowy. Krótka rozmowa wystarcza mu, by stwierdzić, że Mazura jednak nie było, nie ma i nie będzie dzisiaj na Szturmowej.
Przybyła wzywa wówczas policję, a na dole szykuje się brygada ze sprzętem do wyważenia drzwi. Mija zaledwie 5 minut, a prosto na jedenaste pruje windą dwóch rosłych policjantów. Ku zaskoczeniu wszystkich, jak Filip z konopi wyskakuje z windy obok Arkadiusz Mazur — w towarzystwie adwokata. Dochodzi do komisyjnego otwarcia biura.
Wchodzimy do środka. Widzimy grupę rozstrzęsionych kobiet.
— Dzień dobry, szanowni państwo... Jestem waszym nowym szefem. Czy w biurze są jakieś ważne dokumenty albo pieniądze i gdzie to wszystko jest? — pyta z troską prezes Przybyła.
— Proszę w tej chwili opuścić moje biuro! — wrzeszczy doprowadzony do szewskiej pasji Arkadiusz Mazur.
— Ależ to już moje biuro, mam wyrok sądu — odpowiada z niezmąconym spokojem Dariusz Przybyła.
— A skąd ma ten wyrok? Przecież to za szybko wszystko! Ja już to zaskarżyłem! Panowie zróbcie coś, przecież tak nie można! — prosi o pomoc policjantów czerwony ze złości prezes Mazur.
Ale cóż oni mogą? Nic. Wzywają oficera. Tymczasem wspólnik Jaworski, wykorzystując chwilę oddechu, pokazuje ludzką twarz — niczym asy z rękawa sypią mu się z reklamówki butelki pepsi-coli. Częstuje nawet wrogów. Ci, którzy skorzystali z propozycji, nie zdążyli jednak wypić nawet łyka, bo oto w drzwiach spółki Deniz staje wzywany jakieś 5 minut temu oficer. Cuda się zdarzają... Trzeci policjant to istny kapitan Żbik. Wchodzi jak burza. Uważnie wysłuchuje argumentów stron, krótko pyta, co tu robią media, po czym stwierdza: — To nie jest sprawa policji. Do sądu z tym! — i wychodzi, zabierając swoich chłopaków. Wychodzimy i my. Pozostaje wstyd i konsternacja. Tego samego dnia w regionalnej TVP3 ukazuje się relacja z zajścia. Nazajutrz grzmi na ten temat „Życie Warszawy”, a stołeczna „Wyborcza” donosi o „Szturmie na Szturmowej”.
Wejście do spółki Deniz Investment Dariusz Przybyła przygotowywał już od dłuższego czasu. O swoich zamiarach i konflikcie z tą firmą informował nas na bieżąco. O co tym razem poszło? Spółka Deniz Investment Company to dość tajemniczy twór. Powstała w sierpniu 1999 r., a jej kapitał zakładowy wynosił zaledwie 100 tys. zł. W czerwcu 2000 r. — mimo, że nie mogła się pochwalić żadną inwestycją — wygrała konkurs na budowę ratusza dla gminy Wilanów. Miał on powstać dzięki tzw. partnerstwu publiczno-prywatnemu. Prywatna spółka (tu: Deniz) miała sfinansować budowę ratusza z własnych środków, a gmina — wnieść aportem grunt. Po zakończeniu budowy Deniz miał zwrócić gminie ratusz, a w zamian otrzymać biurowiec, który powstał na gminnym gruncie wraz z ratuszem. Zawarcie przez warszawską gminę Wilanów umowy z Denizem od początku budziło wiele kontrowersji. Ostro krytykowały je media. „Życie Warszawy” sugerowało wręcz, że burmistrz gminy Wilanów — Michał Strulak naruszył prawo i nie zadbał należycie o interes gminy.
Najwięcej wątpliwości budził jednak ówczesny właściciel Deniza. Był nim nie kto inny jak nasz znajomy — Osman Nuri Yildiz. Radnych Wilanowa bulwersowała pogłoska, jakoby inwestor ten zamieszany był w handel bronią, a nawet narkotykami. Na stronie internetowej gminy Wilanów opublikowano wówczas chyba jedyny wywiad, jakiego kiedykolwiek udzielił Osman Yildiz. Pytany o handel bronią, odpowiedział: „To nie tak. My sprzedajemy transportery, czyli ciężarówki z platformami do transportu ciężkiego sprzętu np. spychaczy, czołgów, koparek. Konkurencją jest dla nas Mercedes, Iveco, Renault, którzy oferują te same wyroby i nie budzi to żadnych emocji”.
Wróćmy do przetargu. Tuż po ogłoszeniu zwycięzy na arenę wilanowskiej inwestycji wkroczył Dariusz Przybyła, wymachując wekslem, podpisanym przez Yildiza, opiewającym na blisko 1 mln USD.
— Przeczytałem o Denizie w „Życiu Warszawy” i stwierdziłem, że skoro Osman jest w Polsce i tu inwestuje, to będę mógł odzyskać dług -— tłumaczy okładany przez los Przybyła.
Skąd wziął się weksel w jego rękach? Podobno w czerwcu 1995 r. doszło do spotkania Przybyły z Yildizem. I ponoć wtedy Turek wystawił weksel — gwarancję odzyskania długu. Autentyczność weksla kwestionuje jednak Arkadiusz Mazur — jedna z dwóch osób, która uważają się obecnie za prezesa Deniz Investment Group (z naszych informacji wynika, że to... szwagier Osmana Yildiza).
— Osman jest mu coś winien, ale nie aż tyle... Trzeba sprawdzić, czy ten weksel nie jest przypadkiem fałszywy! — mówił nam rok temu (dziś niestety milczy, chociaż prosiliśmy go rozmowę kilkakrotnie).
Odkąd Przybyła pojawił się w Wilanowie, zaczęły się ponaddwuletnie przepychanki sądowe między nim, zarządem Deniza i gminą. Na początku roku 2000 r. zapadł wyrok, nakazujący Osmanowi Yildizowi zapłatę kwoty, wypisanej na wekslu. Yildiz stwierdził, że wyrok nie jest prawomocny, bo sąd nie powiadomił go o sprawie. I tak w kółko — przez kilkanaście miesięcy. W końcu późną wiosną 2001 roku komornik dokonał egzekucji długu, zajmując udziały Yildiza w Denizie. Dariusz Przybyła już wtedy miał szansę zostać prezesem zarządu Deniza — gdyby nie to, że KRS nie wpisał go do rejestru. Deniz przyjął bowiem następującą formę obrony: sprzedał udziały Osmana — tak by Turek nie był właścicielem firmy. Ważne, że kiedy komornik zajął udziały Osmana Nuri Yildiza w Denizie, okazało się, że już do niego nie należą. Udziały w Deniz Investment sprzedawano kilkakrotnie, a transakcji dokonywano między członkami rodziny (po cenie nominalnej).
Kilka dni temu Dariusz Przybyła przysłał nam najnowszy raport finansowy spółki Deniz Investment. Wynika z niego, że firma jest zrujnowana. Nie omieszkał przesłać tych informacji do innych warszawskich redakcji.
Niektórzy z jego przeciwników (i nie tylko oni) zastanawiają się, kim jest ten człowiek? Są tacy, którzy twierdzą, że to osobnik wielce niebezpieczny. Jest bowiem bardzo inteligentny, konsekwentny, ale jego działania nacechowane są skrajnie złą wolą. Zarówno przedstawiciele BRE Leasing, jak i Michał Strulak, były burmistrz Wilanowa (ten, który podpisał z Denizem umowę na budowę ratusza) zwracają uwagę, że Przybyła musi mieć świetne kontakty w sądach. Sam Przybyła twierdzi zgoła co innego. Uważa, że jest przez sądy krzywdzony. Prezes Groszek ciągle podkreśla, że Przybyła pokazał nam wyrok sądu, który jeszcze nie dotarł do BRE Leasing.
— Skąd ma takie dokumenty? Stoi w sądzie przy drukarce i czeka, aż zostaną wydrukowane? — pyta.
— Proszę zauważyć, że w listopadzie 2001 r. Dariusz Przybyła wystąpił do wojewody mazowieckiego o odwołanie decyzji, zezwalającej spółce Deniz na budowę ratusza. W piśmie do wojewody Przybyła figuruje jako zarząd Deniz Investment Company i podszywa się pod prezesa tej spółki. Zawiadomiliśmy prokuraturę rejonową o popełnieniu przestępstwa, ale ta umorzyła sprawę. Powiadomiliśmy prokuraturę okręgową — i reakcja była taka sama — mówi Michał Strulak.
To nie koniec niewyjaśnionych zjawisk wokół Dariusza Przybyły.
Jeden z jego przeciwników posądza go o prowadzenie ukrytych interesów — „niby skąd bierze na to wszystko pieniądze?”. Mówi, że Przybyła w latach 90. „wydmuchał” jakieś lubelskie przedsiębiorstwo budowlane. Wyprowadził z niego kapitał i zniknął gdzieś na Śląsku. Nie udało nam się jednak potwierdzić tej informacji. Zaprzecza temu także sam Dariusz Przybyła. Przyznaje się tylko do prowadzenia działalności gospodarczej w dwóch spółkach: Dorway i Cominvest.
Na temat Dorway’a nie można zdobyć żadnych informacji rejestrowych. Po spółce Cominvest, pozostaje jedynie ślad w postaci domeny internetowej i wizytówki prezesa Przybyły. W kwietniu 2002 roku niemiecki Commerzbank (do jego grupy należy BRE Leasing) skonsolidował w Polsce swe działy zarządzania aktywami w jedną grupę. Pod jaką nazwą? Cominvest. Być może to też zwykły zbieg okoliczności. Nie wyjaśni nam tego Osman Yildiz, ale z pewnością miałby sporo do powiedzenia o Dariuszu Przybyle. Ale przepadł jak kamień w wodę. W spółce Deniz dowiedzieliśmy się tylko, że już od dawna nie ma z nim kontaktu. Dariusz Przybyła mówi, że Osman siedzi podobno w białoruskim więzieniu. Nam również — mimo prób — nie udało się z nim skontaktować...
Wydawało się już, że zmiana na fotelu prezesa spółki Deniz się powiedzie. Ale nagle okazało się, że Dariusz Przybyła musi jednak opuścić biuro spółki Deniz Investment Company. Arkadiusz Mazur złożył bowiem zażalenie na postanowienie KRS, zgodnie z którym Dariusz Przybyła formalnie stał się prezesem tej spółki. Sędziowie KRS, po niemal tygodniowym rozpatrywaniu sprawy, przywrócili Arkadiusza Mazura na stanowisko prezesa Deniz Investment Company.
Przed Dariuszem Przybyłą jeszcze długa droga do zakończenia egzekucji długu. Walka trwa.
