Data 1 maja powinna kojarzyć się z sukcesem

Jacek Zalewski
20-11-2002, 00:00

Na finiszu negocjacji Unii Europejskiej z państwami kandydującymi akcja nabiera przyspieszenia — i tak już będzie do samego szczytu Rady Europejskiej, który 12 grudnia zbiera się w Kopenhadze. Wstępnie przewidziany jest na dwa dni (czwartek i piątek), ale na wszelki wypadek delegacje Piętnastki zarezerwowały hotele także na weekend. Ile czasu spędzą na szczycie premierzy dziesięciu państw kandydujących — na razie oni sami nie wiedzą.

Im bliżej decydujących rozstrzygnięć, tym głośniej obie układające się strony mówią o potrzebie realizmu i zarazem elastyczności. Jednak takiej kreatywnej postawy wymaga się przede wszystkim od siedzących po drugiej stronie stołu, a nie od siebie. Kraje kandydujące — a szczególnie Polska — nie potrafią przełknąć gorzkiej prawdy, iż żądania zwiększenia wydatków (w tym na dopłaty dla rolników) ponad budżet UE na lata 2000-06, przyjęty w 1999 r. w Berlinie, nie mają szans. Z kolei Piętnastka udaje, że nie zdaje sobie sprawy, jak ogromne jest rozwarcie między oczekiwaniami społeczeństw nowych państw członkowskich a możliwościami ich budżetów, zwłaszcza w roku 2004.

Na czym w tej patowej sytuacji polega elastyczność? Na takim pomanewrowaniu budżetem UE, które nie zwiększyłoby ogólnej kwoty jego wydatków, ale pozwoliłoby na ich sensowne przesunięcia. Porównanie propozycji złożonych przez Komisję Europejską naszej stronie z liczbami zapisanymi we wspomnianym berlińskim budżecie dowodzi, że pole manewru istnieje, lecz Brukseli nie chce się chcieć. Notabene wczoraj napłynęła stamtąd inna niepokojąca wiadomość — KE rozpoczęła postępowanie przeciwko Niemcom (największemu płatnikowi netto do budżetu UE) z powodu przekroczenia granicy 3-proc. długu publicznego w stosunku do PKB. Nietrudno przewidzieć, które wydatki nasi zachodni sąsiedzi będą ciąć w pierwszej kolejności...

Termin 1 maja 2004 r. został wybrany przez UE na rozszerzenie niezbyt szczęśliwie. Jeśli już na pewno nie wchodzi w grę 1 stycznia, to lepszy byłby 1 czerwca. Przecież państwa kandydujące wywodzą się — oprócz Cypru i Malty — z bloku postkomunistycznego i ich społeczeństwom wypaczone przez totalitarną władzę Święto Pracy kojarzy się bardzo źle. Na przykład dla Ligi Polskich Rodzin jest to wręcz wymarzony prezent, gotowy lejtmotyw całej antyunijnej kampanii referendalnej. Polacy i tak integrację z UE zatwierdzą znaczną większością głosów, ale co się nasłuchamy, to nasłuchamy...

Ponieważ wspomniana data zostanie formalnie zatwierdzona w stolicy Danii, autor komentarza pozwala sobie na dygresję, aby udowodnić, jak rozmaicie może się kojarzyć gra słów „1 maja — Kopenhaga”. Rozbudzony w środku nocy odpowiadam: „Mecz Dania–Polska przed argentyńskim Mundialem, wygrany przez nas 2:1, a rozegrany w Kopenhadze 1 maja 1977 r., w porze obiadowej”. Ta pora ma znaczenie, albowiem stała się powodem manipulacji, zasługującej na miejsce w historii mediów. Otóż sztab propagandowy KC PZPR wystraszył się groźby dezercji uczestników pochodów pierwszomajowych (każdy chciał zdążyć do domu na transmisję) i zarządził puszczenie z półtoragodzinnym opóźnieniem nie tylko relacji telewizyjnej, lecz również... RADIOWEJ!

Obywatelowi globalnej wioski i społeczeństwa informacyjnego wydaje się to nieprawdopodobne, ale ćwierć wieku temu naprawdę tak wyglądała nasza rzeczywistość. Choćby dlatego, aby nikomu nie przychodziło do głowy jej odtwarzanie, powinniśmy wejść do UE.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Data 1 maja powinna kojarzyć się z sukcesem