Deficyt 2005 był mniejszy od planu o 6,4 mld zł, bo fiskus skuteczniej sięgał do kieszeni podatników i spółek z udziałem skarbu państwa.
Ministerstwo Finansów przedstawiło wczoraj szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa w 2005 r. Choć deficyt w państwowej kasie był o 18,4 proc. niższy od planowanego — wyniósł niespełna 28,6 mld zł wobec 35 mld zł planu — analitycy są dalecy od zachwytu.
To nie oszczędności
— To był kolejny rok niewykorzystany przez polityków do dogłębnego zreformowania finansów publicznych. Mieli ku temu dobrą okazję, bo gospodarka była na fali wznoszącej. Co gorsza, choć nadal rośnie, nie zanosi się na to, by nowy rząd wprowadził gruntowne zmiany, które doprowadziłyby do trwałego zrównoważenia budżetu. Nie ma żadnych sygnałów, by była przygotowywana wielka strukturalna reforma finansów, choć dysponując środkami unijnymi, moglibyśmy ją przeprowadzić — komentuje Marcin Mrowiec, ekonomista Banku BPH.
Skąd wziął się mniejszy deficyt? Niestety głównym źródłem nie są oszczędności — wydatki budżetu były tylko o 1,4 mld zł poniżej planu, co oznacza, że zrealizowano je w 99,4 proc. Do ograniczenia deficytu przyczynił się przede wszystkim fakt, że fiskus skuteczniej i głębiej niż planował sięgał do kieszeni podatników, a ministerstwo skarbu mocniej przetrzepało kasy swoich spółek (bogatych dzięki dobrej koniunkturze), zwiększając dochody z dywidendy z planowanych 500 mln zł do ponad 2 mld zł. Prawie o 1,2 mld zł mniej budżet zainkasował z podatków pośrednich (115,8 mld zł wobec planowanych 117 mld zł). Zrekompensował to sobie z nawiązką zwiększonymi o blisko 1,1 mld zł dochodami z CIT i o ponad 900 mln zł z PIT.
— Najbardziej prawdopodobna jest hipoteza o zwiększeniu skuteczności ściągania podatków w wyniku poszerzenia grupy firm zobowiązanych do korzystania z kas fiskalnych. To ograniczyło szarą strefę — uważa Marcin Mrowiec.
A jeśli złoty osłabnie...
Istotne zmiany zaszły w ubiegłym roku w strukturze finansowania deficytu budżetowego. Wpływy z emisji papierów dłużnych za granicą wyniosły aż 350,8 proc. planu, co oznacza wzrost z 3,4 mld zł, aż do 12 mld zł. Rynek ma krytyczny stosunek do wprowadzonej przez poprzedni rząd nowej strategii w tym zakresie i oczekuje, że ekipa Kazimierza Marcinkiewicza od niej odejdzie, choć na razie przejęła plany poprzedników.
— Większa skala zagranicznego finansowania deficytu przyczynia się do umacniania złotego. Biorąc pod uwagę, że eksport wciąż jest głównym motorem wzrostu gospodarczego, taka polityka na dłuższą metę może nie przynieść pozytywnych efektów. W dodatku moment wejścia Polski do strefy euro odsuwa się w bliżej nieokreśloną przyszłość, a wysoki dług zagraniczny wiąże się z ryzykiem gwałtownego zwiększenia długu publicznego, jeśli złoty się osłabi — mówi Marcin Mrowiec.
Analityk dodaje, że na razie nie ma fundamentalnych powodów, by tak się stało, ale jeśli inwestorzy zaczęliby szybko sprzedawać nasze papiery, nie bylibyśmy w stanie powstrzymać spadków.