Deficyt naprawdę jest niebezpieczny

Andrzej Malinowski
opublikowano: 2007-03-02 00:00

Polska ma do 27 sierpnia czas na podjęcie działań, które docelowo obniżą deficyt budżetowy finansów publicznych do 2,9 proc. PKB. Zdaniem rady ministrów finansów UE, rząd polski podejmuje niewystarczające starania w celu zmniejszenia wydatków publicznych. Rada stwierdziła, że ambitnemu założeniu zmniejszenia tegorocznego deficytu do 3,4 proc. PKB nie towarzyszy reforma wydatków. Bez niej deficyt będzie większy. Według prognoz Komisji Europejskiej, polski deficyt budżetowy wyniesie 3,7 proc. PKB. Jeśli Polska nie zastosuje się do tych sugestii, grozić nam może zablokowanie wypłat 27 mld EUR z Funduszu Spójności m.in. na inwestycje infrastrukturalne.

Spór o 0,3 punktu proc. nie jest wcale sporem o pietruszkę, chociaż wielkość ta mieści się w granicach błędu statystycznego. Zmniejszenie deficytu do 3,4 proc. PKB, zdaniem polskiego rządu, daje możliwość zakończenia otwartej w 2004 roku przeciwko Polsce procedury nadmiernego deficytu. A zatem stawka jest wysoka. Jeśli nie wywiążemy się z nałożonego zadania, grozi nam następny etap procedury przewidzianej w ramach tzw. procedury nadmiernego deficytu. Zobowiązuje ona takie państwo do restrykcyjnego ograniczenia wydatków.

Do takiego kroku zmusiły radę ministrów finansów UE zapewne ostatnie zapowiedzi rządowe ograniczenia tzw. klina podatkowego i zmniejszenia składek na ubezpieczenia rentowe. A szczególnie groźba, że w ten sposób wzrośnie deficyt budżetowy, bo państwo będzie musiało pokryć ewentualny niedobór środków w ZUS. To efekt braku informacji, w jaki sposób rząd chce uzupełnić ten uszczerbek liczony na blisko 9 mld zł. Na pewno liczy na większe wpływy z podatków, w wyniku lepszego wzrostu gospodarczego. Czy utrzyma się jednak takie tempo i czy wystarczy tych pieniędzy na wszystko, skoro Sejm i rząd projektują kolejne wydatki na cele socjalne, np. przywrócenie funduszu alimentacyjnego?

Obecne polepszenie sytuacji budżetowej to efekt wysokiego wzrostu gospodarczego, bo w budżecie 2007 nie widać zmian jakościowych, a nawet następuje regres w rezultacie wzrostu wydatków sztywnych. Czy koniunktura będzie nam dalej sprzyjać, podobnie jak to nastąpiło w roku 2006? Innym czynnikiem pokazującym pogłębianie się zjawiska jest zwiększenie w tym roku wydatków państwa o 8,6 proc., przy zakładanym niższym wzroście gospodarczym. Mamy też wysokie koszty obsługi długu publicznego i na ten cel pójdzie w tym roku aż 28 mld zł.

Decyzje KE i ministrów finansów potwierdziły nasze obawy z okresu zatwierdzania budżetu jesienią 2006 roku. Zwracaliśmy wtedy uwagę na bardzo napięty bilans dochodów i wydatków państwa, w którym nastąpiło niebezpieczne zwiększenie wydatków socjalnych. Może zabraknąć wpływów podatkowych z tytułu wysokiego wzrostu gospodarczego. Z kolei nadmierna fiskalizacja gospodarki osiągnęła już punkt krytyczny i kolejne próby znalezienia dodatkowych dochodów, np. z tytułu wzrostu akcyzy od oleju opałowego czy wprowadzenia nowego podatku drogowego napotykają ostry sprzeciw społeczny. Także firmy oczekują zmniejszenia obciążeń, widząc w nich jedyną szansę utrzymania dynamiki wzrostu. A zatem oczekiwania w kraju wiążą się ze zmniejszeniem obciążeń, a nie z ich wzrostem.

W tej sytuacji tylko w reformie finansów istnieje nadzieja na spełnienie dyrektyw Brukseli. Tymczasem nie ma nawet założeń takich reform. KE nie widzi konieczności przesuwania na kolejny okres korekty polskiego deficytu. W następnych latach będzie jeszcze trudniej dokonać ograniczeń w wydatkach. Przypominamy, że będziemy mieli za sobą szczyt obecnej fazy koniunktury, rosną szybko dług publiczny i zadłużenie zagraniczne kraju. Nie mamy też dopiętego programu walki z bezrobociem, a ruszające dopiero po kilkuletniej zapaści inwestycje krajowe wymagają najpierw wysokich nakładów, zanim zaczną dawać zyski.

Pozostaje tylko jedna droga — jeszcze w tym roku ciąć wydatki, by ratować unijne pieniądze na rozwój.

Andrzej Malinowski

prezydent Konfederacji Pracodawców Polskich