Deflacja zagościła w przetwórstwie, produkcja wciąż spada

Ignacy MorawskiIgnacy Morawski
opublikowano: 2023-06-21 11:40
zaktualizowano: 2023-06-21 12:11

Sektor przetwórczy w Polsce wszedł już pełną parą w deflację, czego oznaki były widoczne kilka miesięcy temu. Ceny spadają, ponieważ popyt na towary się obniża, co z kolei wynika z korekty przerostu z lat 2021-22.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Cały cykl trwa dłużej od oczekiwań i jest ewidentnie negatywnym zaskoczeniem dla firm i analityków. Bardzo trudno ocenić, ile może jeszcze potrwać, bo to zależy od tego, jaka część bardzo wysokiej produkcji z poprzednich lat była zmianą trwałą i strukturalną, a jaka tylko cykliczną. Rosnące dochody konsumentów powinny jednak jeszcze w tym roku nieco złagodzić spadki.

W maju inflacja PPI (producer price index) w przetwórstwie przemysłowym w Polsce wyniosła -1,7 proc. r/r wobec +1,7 proc. w kwietniu. To największy spadek cen od września 2020 r. Jednocześnie produkcja w przetwórstwie spadła w maju o 2,7 proc. r/r, nieco mniej niż w kwietniu, choć ta pozorna poprawa wynika wyłącznie ze zmian efektów bazy z zeszłego roku. Z miesiąca na miesiąc produkcja w przetwórstwie się obniża.

Spadek cen w przetwórstwie częściowo wynika z bessy na światowych rynkach energetycznych i osłabienia dolara. Ceny paliw u przetwórców obniżyły się w maju aż o 30,5 proc. r/r. Nawet jednak odejmując ten efekt, przetwórstwo jest już na granicy deflacji, a wkrótce znajdzie się w niej pełną gębą. Inflacja PPI po odjęciu sektora naftowego wyniosła w maju ok. 1,4 proc. r/r wobec 3,9 proc. w kwietniu. W ujęciu miesiąc do miesiąca ceny poza paliwami spadają czwarty miesiąc z rzędu i spadają coraz szybciej, więc wkrótce wskaźniki roczne znajdą się poniżej zera również po odjęciu paliw.

Deflacja wynika z faktu, że zapotrzebowanie na towary jest niskie, a dostępność towarów zalegających w magazynach wysoka. Zmiany zapotrzebowania na towary mają komponent cykliczny i strukturalny, pytanie — który przeważa?

Efekt cykliczny to odreagowanie po fali akumulacji zapasów w latach 2021-22. Firmy przemysłowe zapełniały wtedy magazyny w reakcji na wzrost cen i popytu oraz przerwy w dostawach. Popyt na towary w fabrykach był więc mocniejszy niż popyt na towary zgłaszany przez klientów końcowych – na rosnącą konsumpcję nakładała się bowiem akumulacja zapasów. Teraz to się wszystko odwraca – konsumpcja spada, a popyt na towary w fabrykach obniża się jeszcze szybciej z powodu redukcji zapasów.

Efekt strukturalny jest znacznie trudniejszy do wyłapania. Pytanie bowiem brzmi, czy cała wielka fala wzrostu wolumenów produkcji w Polsce w latach 2021-22 była wywołana tylko efektem cyklicznym, czy też była związana z bardziej intensywnym przenoszeniem do Polski produkcji przez zachodnie korporacje. Jeżeli to był tylko efekt cykliczny, to czeka nas jeszcze wiele miesięcy spadku produkcji, z tego punktu widzenia jesteśmy pewnie dopiero w połowie cyklu.

Jeżeli natomiast Polska w jakiś sposób trwale podniosła swój potencjał produkcyjny, to dalsze spadki produkcji nie muszą być głębokie. Nie musimy wracać do trendu sprzed pandemii, bo trend nie odzwierciedla już wyższego potencjału.

Istnieją argumenty przemawiające za obiema tezami, pesymistyczną i optymistyczną. Za tym, że całość nadzwyczajnego wzrostu produkcji wynikała z czysto przejściowych efektów cyklicznych, przemawia fakt, że wolumen produkcji na pracownika znacząco się zwiększył, przemysł był bardzo przegrzany. Ludzie pracowali po godzinach, moce produkcyjne były eksploatowane w niemal 100 proc.

Natomiast za tym, że część wzrostu z poprzednich lat wynikała z przesunięcia produkcji do Polski, mogą przemawiać duże inwestycje zagraniczne greenfield (o których pisałem parę dni temu) oraz fakt, że inne kraje nie doświadczały tak mocnego cyklu przemysłowego, mimo że z czysto cyklicznych powodów mogły.

Zakładam, że więcej przemawia za drugim wyjaśnieniem i recesja produkcji w Polsce nie będzie długotrwała — skończy się w III lub IV kw. tego roku.