Do eurowyborów brak już czasu

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-03-08 05:56

Dzień po wielotysięcznym proteście polskich rolników odezwały się unijne nożyce, ale nie w taki sposób, o jaki protestującym by chodziło.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Europejska Partia Ludowa na kongresie w Bukareszcie oficjalnie nominowała 65-letnią Ursulę von der Leyen jako kandydatkę na przewodniczącą Komisji Europejskiej (KE) w kolejnej kadencji 2024-29. W ten sposób międzynarodówka chadecka forsuje koncepcję zgłoszenia tzw. wiodącego kandydata. Pięć lat temu Manfredowi Weberowi nic z takich planów nie wyszło, zaskakująca kandydatura Ursuli von der Leyen została wyjęta z kapelusza Angeli Merkel. Teraz sytuacja jest jednak zupełnie inna, wszak niemiecka przewodnicząca KE urzęduje i chodzi jedynie o przedłużenie jej mandatu.

Poza decyzją personalną równie ważny, a nawet ważniejszy jest program EPL. Dominująca od wielu kadencji w UE międzynarodówka przyjęła manifest na lata 2024-29. Wśród strategicznych wyzwań oczywiście jednym z priorytetów jest nielegalna migracja. EPL wychodzi z propozycją, by UE poszła śladem Wielkiej Brytanii i podpisywała z państwami zewnętrznymi umowy, na mocy których byłoby możliwe odsyłanie nielegalnych imigrantów. Polskich rolników naturalnie najbardziej interesuje perspektywa Europejskiego Zielonego Ładu. W manifeście EPL zwrócono uwagę, że kolejna faza wdrażania tego sztandarowego programu powinna skupić się na technologiach i wzroście gospodarczym, a nie na samej doktrynie zazieleniania gospodarki. Generalnie nie ma jednak mowy o żadnym wyrzuceniu projektu do kosza, zwłaszcza jeśli to Ursula von der Leyen ponownie obejmie ster unijnego gabinetu. Pewnikiem jest natomiast kalendarz – nie ma mowy o strategicznych zmianach jeszcze w obecnej kadencji, bo już nie ma na to czasu. Ewentualna renegocjacja rolniczej części Europejskiego Zielonego Ładu może znaleźć odbicie w aktach prawnych dopiero po upływie wielu miesięcy. Idealną okazją do korekt może być polska prezydencja w ministerialnej Radzie UE w pierwszym półroczu 2025.

Janusz Wojciechowski, zajmujący polski fotel w KE, nie ma żadnych rozterek dotyczących kadencji 2024-29. Jesienią automatycznie zwalnia stanowisko komisarza ds. rolnictwa. W czwartek uszedł przed prezentacją awaryjnych zmian w naszym Sejmie, ale wciąż obiecuje przetworzenie swoich pomysłów na kolegialne decyzje KE. Dwie główne korekty doraźne miałyby dotyczyć ugorowania ziemi oraz środków ochrony roślin. Dotychczas ugorowanie 4 proc. gruntów jest obowiązkowe, a miałoby stać się dobrowolne. Drugi punkt zapalny to ograniczenia środków ochrony roślin. Wycofanie tego zamiaru z procedury legislacyjnej mogłoby w krótkim horyzoncie zmniejszyć obawy rolników – tyle, że nie wiadomo, czy jest to wykonalne.

Marne są natomiast nadzieje na zatrzymanie napływu produktów rolnych z Ukrainy. Po wybuchu pełnoskalowej wojny KE zniosła ograniczenia w handlu z Ukrainą, co było krokiem ratujących dotkniętą tragicznym losem republikę, zresztą stowarzyszoną z UE i kandydującą do członkostwa, przed gospodarczą zapaścią. Unijna decyzja szybko doprowadziła do masowego napływu na unijny rynek, przede wszystkim do państw granicznych, produktów rolnych z Ukrainy. Tamtejsi producenci nie muszą spełniać restrykcyjnych reguł, dzięki czemu ich żywność jest znacznie tańsza. Komisarz obiecuje, że jeszcze przed eurowyborami (6-9 czerwca) rozporządzenie KE wejdzie w życie i ograniczy importu cukru, jajek oraz mięsa drobiowego z Ukrainy. Akurat w Parlamencie Europejskim panują zupełnie inne nastroje, na najbliższej sesji plenarnej 11-14 marca planowane jest przedłużenie bezcłowego handlu. Generalny z tego wniosek, że żądania protestujących polskich rolników mają małe szanse na spełnienie. No chyba, że rząd Donalda Tuska poszedłby ścieżką jednostronnych decyzji granicznych, niezgodnych z traktatami – na co się nigdy nie zdecyduje.