Do kolekcji - Cel: młody, rokujący… I za kilka tysięcy

Karol Jedliński
28-09-2007, 00:00

Nie brakuje polskich nazwisk aspirujących choćby do sławy — i ceny! — współczesnych nam dzieł Wilhelma Sasnala. Powoli doceniają je kolekcjonerzy. A kogo tam mamy w grupie pościgowej?

Sztukę najnowszą made in Poland w ostatnich latach symbolizuje triumf Wilhelma Sasnala. Prace tego trzydziestopięciolatka są już właściwie nieosiągalne dla większości kolekcjonerów. Oczywiście: przez ceny, ale też to, że mało który marszand ma dostęp do jego obrazów. I nikt nie jest skory sprzedawać czegoś, co ciągle drożeje.

— Nie spodziewałbym się w najbliższym czasie takiego podobnie szybkiego sukcesu. Przed Sasnalem polska sztuka najnowsza była — dla większości kolekcjonerów — „terra incognita”. Teraz rynek w Polsce jest o wiele lepiej „spenetrowany”, więc prace polskich artystów będą drożały w bardziej organiczny sposób — uważa Piotr Bazylko, kolekcjoner sztuki najnowszej i współautor bloga ArtBazaar (www.artbazaar.blogspot.com) poświęconego tej tematyce.

Na razie — niszowe

Sasnal to, Sasnal tamto… Nie można się od autora „Samolotów” opędzić. Fachowcy ukuli nawet określenie „efekt Sasnala”. Nie zapominajmy też o rozgłosie i cenach w milionach, za prace Piotra Uklańskiego, autora m.in. kontrowersyjnych „Nazistów”. To dzięki takim sukcesom przybywa wierzących, że na najnowszej polskiej sztuce da się szybko i dobrze zarobić.

— Zawsze jest dobry czas, by inwestować w młodych artystów — przekonuje Piotr Bazylko.

Być może, w związku z sytuacją na giełdach, na rynku sztuki czeka nas korekta. Ale póki bańka nie pękła, a mówi się o tym od jakichś dwóch lat, sześciocyfrowe sumy nikogo specjalnie nie szokują. A „efekt Sasnala” to — przede wszystkim — znacznie większe zainteresowanie kolekcjonerów i marszandów z zagranicy polską sztuką najnowszą. Tyle że wielu zbieraczy i pośredników, uparcie szukając prac Sasnala, przy okazji styka się z twórczością innych artystów. Pojawiają się nazwiska: Jakub Julian Ziółkowski, Rafał Bujnowski, Bartek Materka, Grzegorz Sztwiertnia, Przemek Matecki czy Basia Bańda. Godni są zainteresowania.

Zmiana waluty

Inne eksperckie typy? Piotr Bazylko — na swoim blogu w dziale „Świeżo malowane” poleca zwrócić uwagę na Radosława Szlagę, a w sekcji „Na naszym radarze”: Tomka Kowalskiego, Pawła Dunala, Łukasza Jastrubczaka czy Karolinę Zdunek.

— Wielu chce aspirować w „rejony Sasnala”, mechanizmy zaczęły działać. A wartość prac, wobec słabości polskiego rynku, weryfikują sumy wykładane przez zagranicznych nabywców — mówi Małgorzata Gołębiewska, prowadząca Galerię Nova w Krakowie.

Ech, czasy… Okazje, kiedy jeszcze niedawno można było kupić płótno za tysiąc czy dwa, by wkrótce sprzedać za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, to już melodia przeszłości. Ale…

— Warto szperać na rynku podstawowym. Kręcić się po galeriach, chodzić na wystawy organizowane przez uczelnie plastyczne. Wtedy da się kupić coś rzeczywiście w „pierwszej cenie”, nie trzeba wtedy przepłacać na aukcjach — namawia Małgorzata Gołębiewska.

Stawki początkujących artystów? Zwykle nie przekraczają 5 tys. zł. Dobre oko mieli ci, którzy zainteresowali się na przykład pracami Tomka Kowalskiego, jeszcze niedawno wycenianego na 3-4 tys. zł (po udanych wystawach na Zachodzie ceny przewalutował na euro). Ten artysta wciąż ma wzięcie. Zdaniem współwłaścicielki Galerii Nova, potencjał rzuca się w oczy także m.in. w przypadku Joanny Pawlik czy Katarzyny Skrobiszewskiej.

— Rynek sztuki najnowszej w naszym kraju dopiero się tworzy. Oprócz antyków, sztuki z XX-lecia międzywojennego, rośnie również ranga nowszej sztuki — do lat 60. zeszłego wieku. Dzieła młodszych pokoleń dopiero budują swą pozycję w Polsce — ocenia Piotr Bazylko.

Rozum i serce

Jak mówi Piotr Bazylko, lokalny rynek jest wciąż „mało płynny”. Niewielu jest wielkich kolekcjonerów — Grażyna Kulczyk to chlubny wyjątek. Nie ma też klasowych spekulantów — w stylu Charlesa Saatchiego, który sprzedał ostatnio „Samoloty” Sasnala za 396 tys. dol. i nieraz kreował na gwiazdy całe grupy artystyczne.

Ale polskie galerie sztuki najnowszej powstają jak grzyby po deszczu. W najlepszych, zwłaszcza tych z tradycjami, jak Starmach Galery czy Fundacja Galerii Foksal, pojawia się coraz więcej polskich klientów.

Inne miejsce… Agata Bogacka, Aneta Grzeszkowska i Jan Smaga czy Sławomir Elsner oraz Bartek Materka — to wciąż nieznane szerokiej publiczności nazwiska artystów współpracujących z warszawską galerią Raster. Ta instytucja wybiera najlepszych, których potem umiejętnie promuje i rozwija. To tu „wisiał” Sasnal czy Bujnowski, zanim trafili na salony.

Przy wyborze dzieła-inwestycji w parze iść winny serce i rozum.

— Korzystać ze wsparcia specjalistów, galerzystów i doradców. Ale zawsze kupować to, co się nam podoba — przekonuje Piotr Bazylko. I dodaje:

— Wtedy nawet jeśli artysta nie odniesie wielkiego sukcesu artystycznego czy rynkowego, zostaniemy ze sztuką, która wzbudza w nas pozytywne emocje.

Jak mawiają rasowi kolekcjonerzy, największe wpadki to te prace, których się nie kupiło. Ale pocieszmy się: stopa zwrotu z inwestycji w dzieła sztuki, na podstawie danych z aukcji na całym świecie, przekroczyła w zeszłym roku 18 proc. Również dzięki talentom Sasnala czy Uklańskiego. l

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Transport i logistyka / / Do kolekcji - Cel: młody, rokujący… I za kilka tysięcy