Do mody okrężną drogą

Alina Treptow
opublikowano: 2013-04-17 16:03

Anna Krzyżanowska była już przedstawicielem handlowym i menedżerem salonu fryzjerskiego. Dzisiaj ubiera gwiazdy.

To jedno z gorętszych nazwisk branży modowej ostatnich lat. Sukienki Anny Krzyżanowskiej coraz częściej widać na polskich salonach, a ostatnio zadebiutowały za granicą, kiedy razem z polską Miss dotarły do półfinałów konkursu Miss Universe. Nic dziwnego — projektantka sama o sobie mówi, że jest pracoholiczką. Ale taką, która ma szczęście robić to, co kocha. Nie od razu jednak zajęła się projektowaniem. Droga do stacji z tabliczką „Moda” zajęła Annie Krzyżanowskiej sporo czasu. Wcześniej pracowała jako przedstawiciel handlowy w koncernie, była menedżerką, która postawiła na nogi upadający zakład fryzjerski, i stylistką w znanym programie telewizyjnym.

Anna Krzyżanowska wymyka się klasyfikacji. Jej projekty są tak różne, jak różni są klienci (FOT. mat. prasowe)
Anna Krzyżanowska wymyka się klasyfikacji. Jej projekty są tak różne, jak różni są klienci (FOT. mat. prasowe)
None
None

W trasie

Dzieciństwo spędziła we Włocławku, mieście znanym z zapory, farb, zespołu koszykarzy i, rzecz jasna, ketchupu. Po maturze przeniosła się do Szczecina, gdzie studiowała zarządzanie i podjęła pracę przedstawiciela handlowego w Procter & Gamble. To w służbowym aucie, przejeżdżając tysiące kilometrów na trasie Poznań — Szczecin, nauczyła się pracy. I ludzi.

— Spotykałam rozmaite osobowości. Klienci zdarzali się różni, a z każdym trzeba było się dogadać — wspomina Anna Krzyżanowska. Po trzech latach powiedziała stop i odeszła z korporacji na przekór rodzinie i znajomym, który pukali się w czoła — jako dwudziestotrzylatka miała już przecież służbowe auto, mieszkanie i trochę pieniędzy na koncie. — Zaparłam się, bo wiedziałam, że po kolejnych kilku latach takiej pracy będę dwudziestoparolatką z energią siedemdziesięciolatki — tłumaczy Anna Krzyżanowska.

Pierwsze kroki

Długo bez pracy nie usiedziała. Po krótkiej przerwie pojechała do kaliskiej firmy Gabriel prowadzącej salony fryzjerskie. Powiedziała, że choć ma 23 lata i nie ma pieniędzy, jest w stanie postawić na nogi jeden z salonów. Tak trafiła do Gdyni, początkowo na trzy miesiące, z czego ostatecznie zrobiły się trzy lata.

— Gdy po raz pierwszy przekroczyłam progi salonu, jedna pani czytała gazetę, druga trzymała nogi na stole. Klientek nie było. Kiedy odchodziłam, w salonie pracowało jedenastu fryzjerów, a na wizyty trzeba było się umawiać z kilkutygodniowym wyprzedzeniem — wspomina Anna Krzyżanowska.

Po trzech latach czekało ją pierwsze rozczarowanie zawodowe. Po wyprowadzeniu zakładu na prostą, miał on przejść w jej ręce, do czego z różnych powodów nie doszło.

— Teraz mówię: dzięki Bogu, choć wtedy była to dla mnie wielka porażka — twierdzi Anna Krzyżanowska. Za pieniądze ze sprzedaży gdyńskiego mieszkania otworzyła w podkoszalińskim hotelu butik z odzieżą sprowadzaną z Włoch. To były jej pierwsze kroki w branży mody. Stojąc za ladą, zobaczyła kto i co kupuje. Uczyła się na błędach. Pierwsza dostawa towaru to pierwsza lekcja. Klientki czterogwiazdkowego hotelu rzadko mają 25 lat i rozmiar 36. Większość rzeczy okazała się za mała. Po kilku potknięciach interes rozkwitł, a Krzyżanowska… była coraz mniej zadowolona. Powód?

Ubrania z Włoch coraz mniej jej się podobały — tu chciała coś skrócić, tam doszyć. Pomyślała: czemu nie zacząć projektować? Wynajęła pracownię w Szczecinie i zatrudniła dwie krawcowe, które jednak nie mogły zacząć pracy, bo… nie miały na czym — nie było maszyn do szycia ani żadnych materiałów.

— Wytłumaczyły mi, jakich maszyn potrzebują. Kiedy z nimi wróciłam, umierały ze śmiechu. Kupiłam takie domowe, plastikowe, zamiast profesjonalnych, przemysłowych — śmieje się Anna Krzyżanowska. W wieku 26 lat zaczęła się intensywnie uczyć projektowania — krawcowe tłumaczyły jej, co to jest owerlok (rodzaj ściegu), punto i zefir (materiały). — Chłonęłam wszystkie informacje. Uświadomiłam sobie, że to jest to, co chcę w życiu robić — mówi Anna Krzyżanowska.

(...)

Cały tekst znajdziesz w kwietniowym wydaniu "PB Weekend" lub >>tutaj