To jedno z gorętszych nazwisk branży modowej ostatnich lat. Sukienki Anny Krzyżanowskiej coraz częściej widać na polskich salonach, a ostatnio zadebiutowały za granicą, kiedy razem z polską Miss dotarły do półfinałów konkursu Miss Universe. Nic dziwnego — projektantka sama o sobie mówi, że jest pracoholiczką. Ale taką, która ma szczęście robić to, co kocha. Nie od razu jednak zajęła się projektowaniem. Droga do stacji z tabliczką „Moda” zajęła Annie Krzyżanowskiej sporo czasu. Wcześniej pracowała jako przedstawiciel handlowy w koncernie, była menedżerką, która postawiła na nogi upadający zakład fryzjerski, i stylistką w znanym programie telewizyjnym.

W trasie
Dzieciństwo spędziła we Włocławku, mieście znanym z zapory, farb, zespołu koszykarzy i, rzecz jasna, ketchupu. Po maturze przeniosła się do Szczecina, gdzie studiowała zarządzanie i podjęła pracę przedstawiciela handlowego w Procter & Gamble. To w służbowym aucie, przejeżdżając tysiące kilometrów na trasie Poznań — Szczecin, nauczyła się pracy. I ludzi.
— Spotykałam rozmaite osobowości. Klienci zdarzali się różni, a z każdym trzeba było się dogadać — wspomina Anna Krzyżanowska. Po trzech latach powiedziała stop i odeszła z korporacji na przekór rodzinie i znajomym, który pukali się w czoła — jako dwudziestotrzylatka miała już przecież służbowe auto, mieszkanie i trochę pieniędzy na koncie. — Zaparłam się, bo wiedziałam, że po kolejnych kilku latach takiej pracy będę dwudziestoparolatką z energią siedemdziesięciolatki — tłumaczy Anna Krzyżanowska.
Pierwsze kroki
Długo bez pracy nie usiedziała. Po krótkiej przerwie pojechała do kaliskiej firmy Gabriel prowadzącej salony fryzjerskie. Powiedziała, że choć ma 23 lata i nie ma pieniędzy, jest w stanie postawić na nogi jeden z salonów. Tak trafiła do Gdyni, początkowo na trzy miesiące, z czego ostatecznie zrobiły się trzy lata.
— Gdy po raz pierwszy przekroczyłam progi salonu, jedna pani czytała gazetę, druga trzymała nogi na stole. Klientek nie było. Kiedy odchodziłam, w salonie pracowało jedenastu fryzjerów, a na wizyty trzeba było się umawiać z kilkutygodniowym wyprzedzeniem — wspomina Anna Krzyżanowska.
Po trzech latach czekało ją pierwsze rozczarowanie zawodowe. Po wyprowadzeniu zakładu na prostą, miał on przejść w jej ręce, do czego z różnych powodów nie doszło.
— Teraz mówię: dzięki Bogu, choć wtedy była to dla mnie wielka porażka — twierdzi Anna Krzyżanowska. Za pieniądze ze sprzedaży gdyńskiego mieszkania otworzyła w podkoszalińskim hotelu butik z odzieżą sprowadzaną z Włoch. To były jej pierwsze kroki w branży mody. Stojąc za ladą, zobaczyła kto i co kupuje. Uczyła się na błędach. Pierwsza dostawa towaru to pierwsza lekcja. Klientki czterogwiazdkowego hotelu rzadko mają 25 lat i rozmiar 36. Większość rzeczy okazała się za mała. Po kilku potknięciach interes rozkwitł, a Krzyżanowska… była coraz mniej zadowolona. Powód?
Ubrania z Włoch coraz mniej jej się podobały — tu chciała coś skrócić, tam doszyć. Pomyślała: czemu nie zacząć projektować? Wynajęła pracownię w Szczecinie i zatrudniła dwie krawcowe, które jednak nie mogły zacząć pracy, bo… nie miały na czym — nie było maszyn do szycia ani żadnych materiałów.
— Wytłumaczyły mi, jakich maszyn potrzebują. Kiedy z nimi wróciłam, umierały ze śmiechu. Kupiłam takie domowe, plastikowe, zamiast profesjonalnych, przemysłowych — śmieje się Anna Krzyżanowska. W wieku 26 lat zaczęła się intensywnie uczyć projektowania — krawcowe tłumaczyły jej, co to jest owerlok (rodzaj ściegu), punto i zefir (materiały). — Chłonęłam wszystkie informacje. Uświadomiłam sobie, że to jest to, co chcę w życiu robić — mówi Anna Krzyżanowska.
(...)
Cały tekst znajdziesz w kwietniowym wydaniu "PB Weekend" lub >>tutaj
