Współpraca nauki i biznesu to jeden ze sprawdzonych sposobów na zwiększenie innowacyjności gospodarki. Jednak w Polsce oba środowiska wciąż podchodzą do siebie z dystansem i na zasadzie mocno ograniczonego zaufania. Na razie brak przykładów spektakularnych efektów kooperacji na linii nauka i biznes. Choć do współpracy dochodzi, bo przemysł bez nauki rozwijać się nie może. Jednak zdaniem prof. Jacka Gulińskiego, dyrektora Poznańskiego Parku Naukowo- -Technologicznego (PPNT), nie można stawiać ogólnej tezy, że środowiska się nie dogadują.

— Oba sektory nie są jednorodne. Inaczej współpracują z biznesem przedstawiciele szkół wyższych — politechnik czy uczelni rolniczych, a inaczej naukowcy z Polskiej Akademii Nauk czy resortowych instytutów badawczych, których większość współpracuje z przemysłem, bo to ich podstawa finansowego istnienia. A mamy też przecież prywatne instytuty badawcze oraz firmy zakładane przez naukowców — mówi prof. Jacek Guliński.
W jego opinii wbrew powszechnemu przekonaniu, że to małe i średnie firmy mają największe problemy z nastawieniem proinnowacyjnym i kooperacją ze światem nauki, mają je też duże koncerny.
— Na badania i rozwój wydają śmiesznie mało. W porównaniu z czołowymi koncernami europejskimi są to wydatki mikroskopijne — uważa prof. Jacek Guliński.
Ewolucja, nie rewolucja
Przedstawiciele obu środowisk — biznesowego i naukowego — podkreślają, że problem z brakiem przepływu myśli i kompetencji z uczelni czy instytutów badawczych do przemysłu istnieje od wielu lat. I trudno oczekiwać, że poradzimy sobie z nim z dnia na dzień.
— W ciągu ostatnich 5-10 lat nie potrafiliśmy znacząco zmienić innowacyjności gospodarki i w pełni wykorzystać w tym celu funduszy z perspektywy 2007-14 r., ale myślę, że już istniejące mechanizmy — bony na innowacje, coraz więcej konkursów na rozwój technologii, szybka ścieżka wdrożenia nowych pomysłów w firmach i parę innych, które będą kontynuowane w rzeczywistości aż do 2022 r., muszą dać w końcu efekt — uważa szef PPNT. W polskim koszyku zachęt do szerszej i częstszej współpracy społeczności biznesowej i naukowej wciąż nie ma jednego sprawdzonego rozwiązania — ulgi podatkowej dla przedsiębiorstw na badania i rozwój.
— Prawie każdy kraj OECD ma pewien system tych ulg. Bruksela zdejmuje z nas procedurę nadmiernego deficytu, więc tym bardziej możemy sobie pozwolić na to, by zamienić dwie istniejące ulgi–będące w istocie protezami, a zamiast nich wstawić powszechną ulgę od działalności B+R dla firm — mówi dyrektor PPNT.
Uważa, że ta ulga, łącznie ze znanymi wszystkim mechanizmami mogłaby ruszyć koło współpracy na linii nauka i biznes. Bo uczelnie również zaczynają się rozglądać za różnymi źródłami przychodu i dostrzegają, że strumień pieniędzy pochodzący z realizacji wspólnych projektów z przedsiębiorcami może być znaczący.
Obustronne korzyści
Przedstawiciele obu środowisk są zgodni — powinny być one zdecydowanie bardziej otwarte na współpracę i uświadomić sobie, że przynosi ona korzyści obu stronom. Tymczasem wielu naukowców woli zamknąć zdobytą wiedzę we własnym laboratorium, niż wesprzeć komercyjny projekt. Leszek Broniarek z BBH Biotech Polska uważa, że to błąd.
— Przedsiębiorca przychodzi do naukowca dlatego, że nie może własnymi środkami rozwiązać problemu. Odpowiednio przygotowany do rozmów naukowiec jest w stanie pomóc przedsiębiorcy i nie stracić, a zyskać na tej współpracy. Zbyt często zdarza się jednak, że naukowcy mówią językiem skomplikowanym i mało przystępnym, skupiają się tylko na aspekcie merytorycznym, a przedsiębiorcy wyłącznie na czasowym i finansowym — mówi Leszek Broniarek. Przedsiębiorcom zarzuca natomiast nieufność.
— Wielu z nich woli kupić licencje od zagranicznych firm na gotowe rozwiązania, niż zainteresować się nowatorskim projektem od polskiego naukowca. Jest to oczywiście spojrzenie krótkoterminowe — uważa Leszek Broniarek.
W jego ocenie kupowanie zagranicznych licencji w zbyt dużym zakresie może mieć katastrofalne skutki dla gospodarki, a możemy przekonać się o tym boleśnie po 2020 r., gdy skończą się fundusze unijne. BBH Biotech Polska specjalizuje się w mikrobiologii przemysłowej. Dostarcza m.in. rozwiązań zwiększających wydajność procesów fermentacyjnych na skalę przemysłową. Współpracuje z Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu, Uniwersytetem im. Adama Mickiewicza i Zachodniopomorskim Uniwersytetem Technologicznym.
— Na uczelniach pracują osoby, które mają bardzo głęboką i usystematyzowaną wiedzę na niestandardowe tematy. Gdy napotykamy nowy problem, konsultacje z osobą, która bardzo dobrze zna dane zagadnienie, bo zgłębia je od kilku lat, są więcej niż pomocne. Pozwala to oszczędzić czas i pieniądze. Np. w czasie jednego z projektów bakteria, którą hodujemy z dnia na dzień, przestała rosnąć bez wyraźnegopowodu. Samodzielne rozwiązanie tej zagadki mogłoby zająć nam co najmniej kilka miesięcy. Ale dzięki temu, że skontaktowaliśmy się z naukowcem doświadczonym w tym temacie, rozwiązaliśmy ją w niecałe dwa tygodnie. Zatem korzyści są tu oczywiste — podkreśla Leszek Broniarek.
Po pierwsze: motywacja
Do współpracy nauki i biznesu będzie dochodzić, jeśli obie strony będą do tego odpowiednio zmotywowane. Rafał Petryniak, pracownik naukowy Politechniki Krakowskiej i szef LavaVision, firmy, która tworzy systemy interaktywnej prezentacji, uważa, że w Polsce brakuje oddolnych mechanizmów, które zachęcałyby pracowników naukowych do komercjalizowania badań, współpracy z przemysłem lub zakładania własnych firm.
— Bo dlaczego taki pracownik naukowy miałby chcieć współpracować z przemysłem? Ma on obowiązek prowadzenia badań, których efektem mają być publikacje naukowe. To jest jego głównym celem.
Idee ideami, ale ludzie nauki muszą mieć motywację do pójścia inną drogą. W ramach pracy naukowej każdy jest zobowiązany do zdobywania punktów. Pulę, która jest do zdobycia, można by podzielić na pół — połowa mogłaby być przyznawana za działalność naukową, a połowa za to, jeśli naukowiec zadba, by dane rozwiązanie zostało wdrożone. Teraz nikt tego nie wymaga, więc naukowcy takimi rzeczami się nie zajmują — zwraca uwagę Rafał Petryniak, szef LavaVision. Podpowiada również, że dobrą motywacją dla naukowca do wyjścia z uczelni byłoby rozwiązanie, w którym miałby on pierwszeństwo komercjalizacji wyników swoich badań.
— Obecnie, gdy pracownik naukowy wytworzy jakąś innowację, pełna własność intelektualna i prawa majątkowe przechodzą na pracodawcę, czyli uczelnię. Naukowcy zastanawiają się więc, dlaczego mają sięstarać, gdy to nie jest ich produkt i przecież i tak na nim nie zarobią. Ta zmiana byłaby dużym krokiem naprzód — mówi Rafał Petryniak.