Od czasu, gdy w dramatycznym dołku zaopatrzeniowym w 1981 r. rzecznik rządu Jerzy Urban oznajmił, odnosząc się do sankcji wobec Polski nałożonych przez prezydenta Ronalda Reagana, że „rząd sam się wyżywi” — upłynęła cała żywnościowa epoka. Ta branża współcześnie ma się w Polsce doskonale, zatem radykalne zwiększenie wydatków budżetowych na pensje wierchuszki władzy jedynie poprawi asortymentowo jakość jej konsumpcji. Ale wizerunkowo pomysłodawcy nagłej nowelizacji ustawy
— pochodzącej notabene ze wspomnianego 1981 r. — o wynagradzaniu osób zajmujących kierownicze stanowiska państwowe, a przy okazji kilkunastu innych ustaw, mogą uścisnąć rękę PRL-owskiemu rzecznikowi.
Od początku obecnej kadencji parlamentu fundamentalne ustawy tzw. dobrej zmiany procedowane były w trybie anormalnym. Przepisy przygotowywane były przez aparaty ministerstw, ale do Sejmu trafiały jako projekty posłów Prawa i Sprawiedliwości z ominięciem ścieżki rządowej. Ba, w pierwszych tygodniach Rada Ministrów pod przewodem Beaty Szydło nawet nie zajmowała wobec nich stanowiska! Taki tryb umożliwił w tempie ekspresowym np. zablokowanie Trybunału Konstytucyjnego czy przejęcie mediów publicznych bez przejmowania się koniecznością poddawania projektów konsultacjom społecznym oraz żmudnym uzgodnieniom międzyresortowym.
Od początku roku legislacyjne szaleństwo na szczęście przygasło, zaczęła pracować ustawowa fabryka rządowa, ważną rolę selekcyjną zajmuje Stały Komitet Rady Ministrów. Ale zawsze znajdą się tematy politycznie niewygodne i wizerunkowo władzę dołujące, które do Sejmu wchodzą boczną furtką dzięki zebraniu 30-40 podpisów dyżurnych posłów PiS. Drugą cechą takich projektów jest ich błyskawiczne forsowanie, żeby jak najkrócej zajmowały się nimi media. Autorzy podwyżki wynagrodzeń dla wierchuszki państwa oraz dla siebie samych wnieśli projekt w poniedziałek 18 lipca, nieprzypadkowo wpisując wejście ustawy w życie już od… 1 września!
Systematycznie lekceważąca budżetowe realia ekipa PiS podkreśla, że realizuje obietnice wyborcze. Ale zamiaru np. kilkutysięcznej podwyżki pensji prezesa Rady Ministrów próżno szukać w zapisach kampanii wyborczej, oficjalnym programie PiS czy też w dokumentach ubiegłorocznej konwencji programowej w Katowicach.
Wtedy rzucane były hasła populistyczne, których realizacji dzisiaj nie wytrzymują finanse publiczne. Kwestia wynagrodzeń władzy oczywiście jest tematem do poważnej debaty i zmiany, ba, nawet dobrej zmiany. Patologią stała się np. sytuacja w resortach, gdzie dyrektorzy departamentów zarabiają lepiej od szefujących im wiceministrów czy nawet ministrów, otrzymując jeszcze dodatkowe dochody z tytułu delegowania ich do rad nadzorczych. Również naprawy wymaga wieloletnie zaniechanie kolejnych ekip, które uciekały od uregulowania statusu małżonki prezydenta, wykluczonej z aktywności zawodowej i skazanej na zaszczytny wolontariat. Jednak tryb forsowania przez PiS najnowszego projektu ustawy to patologia większa niż podane przykłady.