Jutro premier Jarosław Kaczyński odbędzie swoje pierwsze ważne rozmowy zagraniczne na temat Unii Europejskiej — i to w paszczy lwa, w Brukseli. Ze względu na wzajemną nieufność będą to z pewnością trudne rozmowy. Co realnie mógłby uczynić premier, aby wyjść z tarczą z tej niełatwej dla niego sytuacji?
Po pierwsze, mógłby zapewnić swoich rozmówców, że ma szczere intencje doprowadzenia Polski do strefy euro. Nie oczekujmy deklaracji, że będzie działał, aby nastąpiło to możliwie szybko. Ale już jasne stwierdzenie, że w krótkim czasie polski rząd poda datę wejścia do strefy euro rozwiałoby wątpliwości związane z np. ze stwierdzeniem w exposé, iż złoty na długo pozostanie polską walutą. Taki komunikat musiałby być poparty konkretnymi informacjami, jak rząd ma zamiar dalej realizować zaakceptowany program konwergencji.
Po drugie, Jarosław Kaczyński mógłby zapowiedzieć, że podda pod referendum pytanie o zgodę na ratyfikację traktatu konstytucyjnego UE. Wiadomo, że cały obóz rządzący uważa ten dokument za martwy. Ale też wiadomo, że i José Manuel Barroso, i Josep Borrell powiedzą polskiemu gościowi, że ich zdaniem tak nie jest. Polska dokument podpisała i musi przeprowadzić procedurę ratyfikacyjną. Referendum byłoby przerzuceniem piłeczki na stronę zwolenników dalszej integracji: musieliby przekonać ponad połowę dorosłych obywateli, że warto iść do lokali wyborczych. Jako jeden ze zwolenników traktatu, chętnie podjąłbym tę rękawicę.
Te dwa komunikaty wystarczyłyby. Nie oczekujmy, że premier mógłby zapowiedzieć rezygnację z konserwatyzmu wobec badań naukowych w najbardziej obiecujących dziedzinach (genetyka), czy z pomysłów na centralizację decyzji przy wykorzystywaniu unijnych pieniędzy. Czy w innych kontrowersyjnych kwestiach, które powoli spychają Polskę na margines europejskiej polityki. Ale ratowanie sytuacji od czegoś trzeba zacząć.
Robert Smoleń, Polskie Stowarzyszenie Prointegracyjne Europa