Miłe złego początki, a koniec żałosny — tak można podsumować środową sesję w USA. Do momentu opublikowania komentarza Fed wyniki spółek podbijały indeksy. Nikogo nie wzruszył znaczny spadek sprzedaży nowych domów. Jednak fakt, że zamówienia na dobra trwałego użytku stanęły w grudniu w miejscu, powinien inwestorów zmartwić. Jak to, w sezonie zakupów, kiedy trwa hossa na rynku nieruchomości, a domy trzeba wyposażać, spadają zamówienia? Coś nie tak z tym ożywieniem.
Gdyby tak inwestorzy rozumowali, nie przestraszyliby się komunikatu Fed. Na pozór nie było w nim nic nowego, z wyjątkiem drobiazgu. Zamiast napisać, że „przez czas dłuższy” nie zmieni stóp, Fed oświadczył, że „będzie cierpliwie czekał” z ich podniesieniem. Mała zmiana, a skutki olbrzymie: duży skok rentowności obligacji, wzmocnienie dolara i zniżka na giełdzie.
Jestem pewien, że oświadczenie Fed stało się tylko pretekstem korekty, bo bank centralny długo jeszcze stóp nie ruszy. Poza tym uważam, że wkrótce członkowie Fed zaczną wszystko odkręcać, mówiąc, że nie chodziło im o zmianę nastawienia. Ale swoje komunikat zrobił: uruchomił podaż i doprowadził do powstania sygnałów sprzedaży. Dramatu z tego nie będzie, ale o biciu rekordów na czas dłuższy trzeba zapomnieć.
Dzisiaj mamy nietypowy dzień, bo nie będzie wyników kwartalnych ważnych spółek, ale za to bardzo dużo danych makro. W samo południe dostaniemy informacje o indeksach zaufania i nastroju w Eurolandzie. Co prawda, jak zwykle ich wpływ nie będzie duży, ale jakiś powinien być.
Wszyscy będą czekali na dane makro z USA, a przede wszystkim na wstępną informację o wzroście PKB w czwartym kwartale. Optymiści mówią, że może przekroczyć 6 procent. Gdyby tak było, to w normalnych warunkach rynek ruszyłby do góry. Jednak po posiedzeniu Fed inwestorzy mogą martwić się możliwym wzrostem stóp procentowych. Szczególnie gdyby następne dane (indeks nastroju Uniwersytetu Michigan i Chicago PMI) pokazały, że ożywienie jest bardzo mocne.
Dobre informacje z makroekonomii nie są już gwarancją wzrostów indeksów, ale na sesje w Europie powinny wystarczyć. Gdyby były słabe (zgodne z prognozami lub gorsze), to osunięcie się indeksów jest raczej gwarantowane. W przypadku USA też nie jest pewne, bo wtedy z kolei oddali się perspektywa obniżki stóp. Poza tym w dowolnym momencie ktoś z Fed może powiedzieć, że stopy jeszcze długo pozostaną bez zmian. Widać, że w USA rozpoczęła się dłuższa korekta, ale nie sposób prognozować, co stanie się na dzisiejszej sesji.
Kiedy patrzę na węgierski BUX, który niedługo będzie bił rekordy (na razie pokonał szczyt z zeszłego roku), to widzę, że zagranica nadal ostrzy sobie zęby na spółki z naszego regionu. Powodem takiego zachowania BUX było przyjęcie przez rząd pakietu oszczędnościowego — takiego węgierskiego planu Hausnera, tyle że skromniejszego (około 2,7 mld zł.). To ostrzeżenie dla naszych niedźwiedzi — zagranica z nas nie zrezygnowała i czeka na okazję.
Wczoraj nasz rynek zaczął od paniki, ale potem było dużo spokojniej. Indeks prawie całą sesję szedł do góry, a stawkę prowadził KGHM (po podaniu prognozy). To zachowanie rynku nic jednak szczególnego nie znaczy. Po dużym spadku nawet spory wzrost by nie dziwił. Korekta trwa i dopóki nie zostanie zamknięte okno bessy (1674), nie ma mowy o poważnych wzrostach. Najbliższe wsparcie jest nisko: w przypadku WIG na 21 000, blisko 4 proc. od wczorajszego zamknięcia.
Radziłbym na razie uważać z łapaniem taniejących akcji i pamiętać o tym, że arbitraż ma jeszcze dużo amunicji, a na wykresach powstały poważne sygnały sprzedaży. Nawet jeśli rynek znowu w którymś momencie ruszy do góry, to przedtem musimy przeżyć dwa etapy: wyczerpanie się podaży i akumulację. Upłynie jeszcze trochę czasu, zanim to się stanie.