Dobry szeryf nie chce...Dzikiego Zachodu

Karol Jedliński
opublikowano: 23-11-2004, 00:00

Mają miliony klientów rocznie. A za ich bezpieczeństwo odpowiadają byli wojskowi.

Oszałamiające konstrukcje, szkło, kilometry kabli, dziesiątki tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. I wszędzie ludzie — niczym magnesem przyciągani przez ciągłe promocje i okazje. Sprzedający, kupujący, wypoczywający — w sklepach, kinach, knajpkach czy klubach. Oto wielkie centra handlowo-rozrywkowe.

Już nie zwykłe blaszane baraki — z jednym dużym sklepem i kilkoma malutkimi w pasażu. To miasteczka, które może mają niewiele stałych mieszkańców, ale za to tłumy turystów. Szeroko rozreklamowane wabią niczym piękne, słoneczne... plaże. I jeden mały haczyk. Bezpieczeństwo. Kiedy go zabraknie, wszystkie wybiegi na nic — nawet kurorty pustoszeją na dobre miesiące. Dlatego polskie miasteczka handlowe zatrudniają swoich szeryfów. Mają nie dopuścić do tego, by rozpanoszyły się tam zwyczaje rodem z Dzikiego Zachodu...

Człowiek orkiestra

— Żeby dobrze ochronić taki obiekt, trzeba wiedzieć o nim jak najwięcej. Dlatego pracuję tu już od fazy budowy. Znam i ludzi, i elektronikę. Mam już swoje ścieżki, którymi chodzę na zwyczajowy obchód. Jedna rundka — to jakieś 10 km — mówi z przekonaniem Jan Budnik, dyrektor ds. bezpieczeństwa Blue City.

To jego, pół żartem, pół serio zachwalał mi wcześniej Yoram Reshef, dyrektor generalny tego centrum handlowego.

— Jest najlepszy! — przekonywał z entuzjazmem.

Jan Budnik zaprzecza. Mówi, że chce być coraz lepszy, że wciąż się uczy. Nabiera doświadczenia. Przecież takie obiekty to nadal nowość w Polsce. Jest spokojny, opanowany. Elegancko ubrany. Pewny siebie, ale nie arogancki. Zdecydowany. To nie typ umięśnionego ochroniarza z rozbieganymi oczami, krótkofalówką za pasem i napisem „Security” na spranym podkoszulku.

— Przez wiele lat byłem zawodowym żołnierzem. Dosłużyłem się stopnia pułkownika — uchyla rąbka tajemnicy Jan Budnik.

— Ukończyłem Szkołę Oficerską, Akademię Obrony Narodowej i Akademię Sztabu Generalnego WP. Poza tym różne kursy, poligony, żołnierska dyscyplina — dodaje.

Szeryf rodem z armii. Tylko jak trafił pod błękitną kopułę Blue City?

Najsłabsze ogniwo

— Byłem dowódcą brygady, zarządzałem dużą grupą ludzi. Ochranialiśmy budynki rządowe, ambasady. Przy tym nasza naprawdę liczna jednostka tętniła własnym życiem. Trzeba było nie tylko dbać o bezpieczeństwo Sejmu czy Belwederu, ale także zarządzać ludźmi, logistyką. Jednak moją jednostkę, w ramach redukcji w armii, rozwiązano. Znalazłem sobie nowe wyzwanie — wyjaśnia Jan Budnik.

Bezpieczeństwa w Blue City strzeże niewielu ludzi. Jest za to kilkaset kamer, które śledzą każdy zakątek budynku. Im mniej ludzi, tym mniejsze koszty. W końcu to przede wszystkim biznes. Główne wyzwanie stojące przed człowiekiem, odpowiedzialnym za ochronę, to taka organizacja całego procesu, żeby nie stracić kontroli nad bezpieczeństwem klientów. To dlatego Jan Budnik opracował dziesiątki procedur, które określają, co i jak każdy pracownik ma robić, kiedy pojawi się problem lub zagrożenie. Do tego dochodzi prewencja i psychologia.

— Oczywiście, struktura zarządzania jest hierarchiczna — bo musi być, inaczej groziłby nam paraliż decyzyjny. To nie znaczy, że jestem jakimś dyktatorem czy tyranem. Każdemu współpracownikowi wpajam, że w pewnych sytuacjach może samodzielnie podjąć decyzję. Dzięki temu nie odbieram co chwilę telefonów z pytaniem, co robić, bo na parterze w kiosku jakiś dzieciak podwędził dropsy — tłumaczy Jan Budnik.

Codziennie prowadzi przegląd prasy — wyłapuje i przekazuje dalej informacje z autorskim komentarzem. Podkreśla, że najsłabsze ogniwo to człowiek. Największe zagrożenie — bałagan. Najważniejszy cel — żeby klient chciał tu wrócić.

— Nie stresuję się specjalnie. Po tylu latach jakoś się oswoiłem. Pomaga mi to, że wiem za który sznurek pociągnąć, żeby mi właściwy dzwonek zadzwonił — nieco filozoficznie mówi Jan Budnik.

Menedżer z charyzmą

Handlowe miasteczka to nie lada wyzwanie. Szeryf z rewolwerem? Nie, tu potrzeba... menedżera humanisty.

— Wyróżnia się 7 podstawowych cech dobrego menedżera. Są to: umiejętności administracyjne, chęć rozwoju i postępu kariery, niezależność myślenia, motywacja, zdolności przywódcze, poznawcze, no i konsekwencja w wykonywaniu wyznaczonych zadań — podkreśla Joanna Kwaśniewska, wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Krzysztof Kubiciel, dyrektor ds. bezpieczeństwa Galerii Mokotów, aspiruje do tego, by charakteryzować się każdą z wymienionych cech.

— Znam dwa języki obce, uczę się kolejnego. Mam za sobą studia pedagogiczne oraz roczne podyplomowe studia z zarządzania sytuacjami kryzysowymi, a także inne związane z ochroną i kształtowaniem środowiska. Planuję w przyszłym roku podjąć edukację na kierunku bezpieczeństwo obiektów budowlanych — wylicza Krzysztof Kubiciel.

Więcej? Jest także współautorem fachowej książki o ochronie fizycznej. Przymierza się do następnej. Z niecierpliwością czekał na naszego redakcyjnego fotografa — chciał z nim uciąć pogawędkę o swojej pasji — fotografii cyfrowej.

To nie bazar

— Moja praca to kompilacja wiedzy i doświadczenia. Sam się doszkalam i wymagam tego od innych — mówi Krzysztof Kubiciel.

No świetnie, ale skąd akurat ochrona?

— Bynajmniej nie po pedagogice. Wcześniej byłem... zawodowym żołnierzem — przyznaje.

Dodaje, że służył w Nadwiślańskiej Jednostce MSWiA. Czyli w tej samej co jego kolega — Jan Budnik. Ale dosłużył się jedynie podpułkownika. I chyba tylko tym ustępuje koledze z Blue City.

— Zwykłem mawiać, że Galeria to nie bazar. Prestiż tego miejsca powoduje, że klienci przychodząc tutaj oczekują czegoś ekstra. I ja staję na głowie, żeby w zarządzanych przeze mnie strefach funkcjonowania obiektu tych „ekstra” było jak najwięcej — przekonuje Krzysztof Kubiciel.

To stanie na głowie oznacza, że nawet podczas dnia wolnego od pracy, kiedy sam wybiera się na zakupy do... Galerii Mokotów — potrafi kilkanaście razy zatelefonować do zastępcy z uwagami, wskazówkami, spostrzeżeniami.

Pedagog też wychodzi z niego przy lada okazji. Z przejęciem pokazuje rysunki kilkulatków, wykonane na konkursy organizowane w Galerii Mokotów przy okazji akcji „Bezpieczny weekend” czy „Bezpieczny autokar”.

— Postarałem się, aby dla każdego dziecka był jakiś prezent. Zdaje pan sobie sprawę, jak maluch przeżyłby sytuację, w której zabrakłoby dla niego upominku — tłumaczy.

Kolega Seagala

Jest oczywiście i miejsce na chłodną, biznesową kalkulację.

— Nie jestem żadnym misjonarzem. To wyraz dbałości o klienta. Nasi ochroniarze są szkoleni przez psychologa pod kątem komunikacji społecznej. Klient zadowolony wraca, czyli daje nam zarobić na chleb — wyjaśnia Krzysztof Kubiciel.

Oczywiście, podstawa to ochrona przed pożarami, napadami czy bójkami. 180 kamer przeczesuje zakamarki budynku. Jednak, zdaniem Krzysztofa Kubiciela, technika to tylko wspomaganie.

— Na końcu zawsze jest człowiek, który musi podjąć właściwą decyzję — może też wymyślać różne innowacje, ulepszenia. Do Galerii przychodzi ponad 30 tys. osób dziennie. Wszyscy chcą i muszą się tu czuć bezpiecznie. Szczególnie VIP-y — nasza najlepsza wizytówka. Nawet Steven Seagal, z którym się zaprzyjaźniłem, nie nosi przy sobie dwóch automatów i nie popisuje się kung-fu. To nie film, więc nie ma tu miejsca na Dziki Zachód — podsumowuje Krzysztof Kubiciel.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karol Jedliński

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Dobry szeryf nie chce...Dzikiego Zachodu