Dorobkiem negocjacji nie wolno manipulować

Jacek Zalewski
opublikowano: 2002-12-23 00:00

Prezentacje rządowego „Raportu na temat rezultatów negocjacji o członkostwo Rzeczypospolitej Polskiej w Unii Europejskiej” w obu izbach parlamentu przebiegły zgodnie z naszą tezą o polaryzacji sceny politycznej (patrz „PB” nr 243 z 18 grudnia). Jeśliby jakość partyjnych kadr oceniać po ich ideowej żarliwości i poziomie zacietrzewienia w unijnej debacie — to potwierdziło się, iż pierwszy polityczny garnitur zasiada w Sejmie, w Senacie zaś reprezentowane są rezerwy.

Sytuacja przed czerwcowym referendum się rozjaśnia. Na kartce do głosowania będą tylko dwie kratki — TAK i NIE, a w związku z tym kończy się czas kunktatorstwa. Zrozumiała to Samoobrona, która po okresie lawirowania przystępuje do ostrej rywalizacji z PSL o rząd wiejskich dusz i podaje rękę Lidze Polskich Rodzin. Okrakiem na barykadzie próbuje jeszcze siedzieć PiS, które nie może ścierpieć, że śmietankę z integracji Polski z UE zbiera ekipa SLD-UP-PSL. Notabene — polityczne sztaby zdecydowanie przeceniają znaczenie swoich deklaracji. Jednym pstryknięciem palcami nie uda się im „rzucić” na unijną szalę nawet własnego elektoratu.

Strategiczny spór w sprawie integracji toczy się o to, jakiej kategorii będzie polski wagon, doczepiany 1 maja 2004 r. do unijnego pociągu. Strona rządowa podkreśla historyczne znaczenie faktu, iż w ogóle pojedziemy, natomiast opozycja rozdziera szaty, że na twardych ławkach w trzeciej klasie długo nie wytrzymamy. Jeśli miałby się sprawdzić taki czarny scenariusz (mamy zakodowany w pamięci los pasażerów trzeciej klasy z „Titanica”), to może faktycznie należałoby się zastanowić, czy w ogóle wsiadać...

Natychmiast po zwycięskim szczycie w Kopenhadze zaczęła się w kraju licytacja na negocjacyjne sukcesy i porażki. Oto przykłady pierwsze z brzegu. Resort rolnictwa jest dumny, że Polsce udało się włączyć do powierzchni bazowej 146 tys. hektarów obsiewanych kukurydzą na kiszonkę, podczas gdy takie same zasiewy na terenie byłej NRD zostały uwzględnione dopiero po trzech latach od zjednoczenia Niemiec. Eurosceptycy odbijają argumentem, iż w kwotach produkcyjnych udało się nam wynegocjować zaledwie 27 tys. ton izoglukozy, podczas gdy nasze zapotrzebowanie i zdolności produkcyjne są wielokrotnie większe. I tak dalej — przykładów przerzucania się argumentami można znaleźć kilkanaście w jednym tylko obszarze „Rolnictwo”, nie wspominając już o pozostałych.

Rząd popełnia błąd, starając się wyciszać negocjacyjne niepowodzenia. A przecież tematów zasługujących na wytknięcie palcem — ale merytorycznie, bez otoczki politycznej — jest aż nadto. Nie wolno od nich uciekać w stylu „a u was biją Murzynów”. Wręcz przeciwnie — w referendalnej dyskusji i przy negocjowaniu traktatu akcesyjnego powinniśmy jak najwięcej uwagi poświęcić właśnie tym tematom, w których Unia ewidentnie nas wykiwała! Możemy być pewni, że Bruksela ze swojej strony spróbuje zneutralizować poczynione w Kopenhadze nadprogramowe ustępstwa wobec Polski...