Drabina źle przystawiona

opublikowano: 30-09-2018, 22:00

Traf do nieodpowiedniej firmy, branży, zawodu, a nie unikniesz poczucia niespełnienia, wypalenia i frustracji

W 1969 r. wybuchł w Nowym Jorku strajk śmieciarzy, którzy domagali się podwyżek. Burmistrz nie chciał spełnić ich żądania. Ogłosił stan wyjątkowy, bo miasto pogrążało się w coraz większym chaosie. Uległ po dziewięciu dniach, kiedy na ulicach zalegało już 100 tys. ton odpadów i metropolii groziła klęska sanitarna.

Kto robi większą karierę: bankier czy śmieciarz? Odpowiedź zależy od tego, co dla nas ma większe znaczenie: status społeczny czy odpowiadanie na potrzeby innych — mówi Bartłomiej Brach, antropolog organizacji.
Zobacz więcej

DYLEMAT:

Kto robi większą karierę: bankier czy śmieciarz? Odpowiedź zależy od tego, co dla nas ma większe znaczenie: status społeczny czy odpowiadanie na potrzeby innych — mówi Bartłomiej Brach, antropolog organizacji. Fot. Marek Wiśniewski

W 1970 r. wybuchł w Irlandii strajk bankowców, trwający sześć miesięcy. Ekonomiści wieszczyli, że zatrzęsie on systemem finansowym i gospodarką tego państwa. Zwłaszcza że 85 proc. depozytów zostało zamrożonych. Nic takiego się nie stało. Obywatele zaczęli wymieniać się czekami, które krążyły jako waluta. Nie dość, że irlandzka gospodarka nie upadła, to jeszcze urosła.

Porównanie obu wydarzeń skłoniło amerykańskiego antropologa Davida Graebera do postawienia pytania: jaka praca jest dla społeczeństwa naprawdę ważna — prestiżowa czy ta, którą ludzie często gardzą, dobrze opłacana czy za głodową pensję? Swoje przemyślenia zawarł w wydanej w tym roku książce „Bullshit Jobs”. Wyróżnia w niej dwie grupy zawodów: tworzące wartość i transferujące wartość. Bez pierwszych świat staje się gorszym miejscem, np. zarasta śmieciami i brudem. Bez drugich świat sobie poradzi, np. dzięki takim oddolnym inicjatywom obywateli, jak wypisywanie sobie czeków. Przedstawiciele tytułowych bullshit jobs, czyli — w eleganckim tłumaczeniu: bezsensownych profesji — to często średni szczebel zarządzania. Autor zalicza do nich koordynatora wizji strategicznej dla Wschodniego Wybrzeża. Taki specjalista z bożej łaski „spędza całe dnie na spotkaniach albo na tworzeniu zespołów, które przesyłają sobie nawzajem raporty”.

— Pracownik zakładu oczyszczania miasta, nauczyciel, lekarz, strażak, programista — to zawody tworzące wartość. Natomiast pracownik administracyjny, bankier, trader giełdowy, telemarketer, marketingowiec — to zawody transferujące wartość — wymienia Bartłomiej Brach, antropolog organizacji i ekspert od tworzenia marek.

Wcale nie dzieli fachowców na tych lepszego i gorszego sortu. Zastanawia się tylko, czy na rynku nie ma zbyt wielu spekulantów, urzędników i dyrektorów agencji reklamowych, gdy brakuje osób robiących coś konkretnego — czyli realne produkty i usługi. Cytuje badania zrealizowane wśród absolwentów Harvardu — od lat 70. XX wieku w większości trafiają oni do sektora finansowego, choć aż się prosi, by zasilali światek akademicki, centra badawczo-rozwojowe i przemysł.

— Pewnie potrzebni są ludzie, którzy główkują nad tym, jak o milisekundę szybciej przesłać pieniądze z Warszawy do Tokio. Czy jednak przynajmniej część z nich nie powinna opracowywać leku na raka? — pyta retorycznie Bartłomiej Brach.

Skąd bierze się radość

Znamienne, że osoby wykonujące bullshit jobs to grupa wysokiego ryzyka, jeśli chodzi o wypalenie zawodowe. Dlaczego?

— Na dłuższą metę trudno robić coś, co nie daje nam satysfakcji, poczucia spełnienia i sensu. Bez dumy ze swojego zawodu pojawia się zniechęcenie, pesymizm. Jeśli zaś towarzyszy nam pewność, że swoją pracą zmieniamy świat na lepsze i pomagamy innym, wtedy zmęczenie, wredny szef i skromne zarobki doskwierają mniej — uważa Adam Bodziak, specjalista od wizerunku firm.

Zna ludzi, którzy wybrali kierunek studiów, a potem zawód niekoniecznie zbieżny z ich zainteresowaniami, za to modny, perspektywiczny i dający wysoki status. Zanim się zorientowali, że nie o to chodziło im w życiu, często nie mieli już sił, by wymyślić siebie na nowo.

— Przystawili drabinę do niewłaściwej ściany. Więc choć weszli na jej szczyt, są zgorzkniali. Inni nisko sytuują się w hierarchii, a mimo to rozpiera ich szczęście — opisuje Adam Bodziak.

Coś jest na rzeczy. W książce „Dlaczego pracujemy” Barry’ego Schwartza pojawiają się szpitalne sprzątaczki, którym zadowolenia z życia mógłby pozazdrościć niejeden prezes. Czerpały one radość z międzyludzkich interakcji. Przyjemność sprawiały im najprostsze działania wykraczające poza oficjalne obowiązki: rozmowy z chorymi, rozbawianie ich, zmiana zdjęć na ścianach. Nikt je o to nie prosił. Zwracały uwagę na otoczenie z potrzeby serca. Jedna z nich wyjaśniała, że „uśmiech na twarzy pacjenta mnie uszczęśliwia”.

Co by się stało, gdyby w imię wydajności zwierzchnicy zakazali sprzątaczkom robienia tych wszystkich dodatkowych rzeczy i ściślej kontrolowali ich pracę? Barry Schwartz, który jest profesorem psychologii na Swarthmore College, uważa, że efekt byłby odwrotny do zamierzonego. Jego zdaniem kluczem do produktywności jest spontaniczność, improwizacja, odchodzenie od scenariusza, gdy wymaga tego sytuacja — „wówczas kontrola przechodzi z rąk menedżera do rąk pracownika”.

— Poczucie autonomii, sprawczości i decyzyjności to jeden z elementów sensownej pracy. Nikt nie chce być traktowany jak przedłużenie rąk przełożonego. Równie destrukcyjna dla psyche jest niemożność realizacji swoich celów i wartości. Policjant chce łapać przestępców na ulicy, a zostaje odesłany do papierkowej roboty. Nauczyciel uwielbia uczyć, tymczasem trzy czwarte czasu zabierają mu czynności administracyjne — tłumaczy Bartłomiej Brach.

Granice wyboru

Z marnotrawienia ludzkiej energii słyną korporacje. W jednej z nich swoją drogę zawodową zaczął Sebastian Nejfeld, ekspert ds. komunikacji marketingowej. Piął się po szczeblach stanowisk — od gościa, który zmywa naczynia, do wspólnika i wiceprezesa. Zarządzał zespołem liczącym kilkadziesiąt osób. Na zewnątrz człowiek sukcesu. We własnym odczuciu ofiara bezdusznego systemu. Złożył wypowiedzenie i założył start-up. Gdy zbankrutował,na krótko wrócił do korpo. Zdołał się odkuć i utworzył biznes, który od wielu lat daje mu szczęście.

— Odkąd jestem na swoim, nikt nie torpeduje moich pomysłów. Ryzykuję tylko swoją przyszłością — argumentuje Sebastian Nejfeld.

Najgorsze jest to, że nawet dobre zawody mogą zamienić się w bullshit jobs. Wyobraźmy sobie koncern farmaceutyczny, który praktykuje tzw. podżeganie chorobowe, czyli wmawia zasadniczo zdrowym ludziom, że są chorzy, i lekko chorym — że są ciężko chorzy. Tak tworzy zapotrzebowanie na swoje specyfiki i zarabia miliony złotych. Do działu marketingu tej firmy trafia pracownik idealista, któremu każe się głośno mówić o sfabrykowanych chorobach pacjentom i konsumentom. Co się z nim stanie?

— Taka osoba szybko straci motywację i zapał. Jest mało prawdopodobne, że przekona kierownictwo do odstąpienia od nieetycznych praktyk. Będzie musiała wybrać — kariera albo wierność sobie. Jeśli nie zmieni miejsca pracy, zdradzi swoje ideały, co może skończyć się cynizmem i frustracją — mówi Bartłomiej Brach.

Jaka dziura, taka łata

Pamiętacie opowiastkę o skorpionie, który chciał się przeprawić przez rzekę? Ponieważ nie umiał pływać, poprosił o pomoc żabę. Ta się wzbraniała: „Przeniosę cię na plecach, a ty mnie ukąsisz”. Skorpion powiedział, że gdyby tak zrobił, oboje by utonęli”. Żaba się zgodziła, czego pożałowała w połowie drogi, czując palący ból w boku. „Dlaczego mnie ukąsiłeś?” — spytała z płaczem. Na co skorpion jej odpowiedział: „Nic na to nie poradzę. Taka jest moja natura”.

W książce „Dlaczego pracujemy” prof. Schwartz napisał: „Człowiek to nie skorpion. Nie musi postępować w taki czy inny sposób. Ale też nie może wciąż tworzyć się na nowo, bez ograniczeń. Kształtując nasze instytucje społeczne — szkoły, społeczności lokalne i, owszem, także miejsca pracy — kształtujemy też naturę ludzką”. O sensie pracy decydują nie tylko czynniki indywidualne — jak kwalifikacje, solidność, podejście do klientów, lecz także czynniki społeczne.

Jeśli trafimy do nieuczciwej firmy, trudno będzie zachować zdrowe zasady moralne. Albo: jeżeli dostaniemy zadania poniżej swoich możliwości, raczej nie unikniemy narzekania. Najgorzej, gdy cała gospodarka jest chora i np. skazuje miliony młodych na umowy śmieciowe. Jednocześnie ludzie ci są wysyłani na szkolenia motywacyjne i zachęcani do lektury poradników, by przez tzw. rozwój osobisty przezwyciężali swoje ograniczenia i nawet w czasie recesji robili błyskotliwe kariery — zwraca uwagę Bartłomiej Brach.

Problemów w skali makro nie rozwiążą mikrodziałania. Rozmiar łaty trzeba dopasować do dziury.

Weź udział w konferencji "Employer Branding w praktyce", 6-7 grudnia 2018 r., Warszawa >>

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Kariera / Drabina źle przystawiona