Drewniany lans

AGNIESZKA RODOWICZ
aktualizacja: 26-10-2017, 23:39

Zegarki Woodlans to odpowiedź na anonimowość masowej produkcji i połączenie szlachetności drewna z prostym wzornictwem i przyjemnością użytkowania.

Michał Napierała siedzi przy witrynie swojej pracowni w Krakowie. W budynku z połowy XVI w. ma widok na inne zabytkowe kamienice. Przechodnie zaglądają przez szybę, czasami wchodzą i popatrzą, jak szlifuje kopertę drewnianego zegarka.

Na widoku.
Wyświetl galerię [1/2]

Na widoku.

Krakowska pracownia jest otwarta dla ciekawych. Przechodnie zaglądają przez witrynę, a czasami wchodzą, by porozmawiać i popatrzeć, jak Michał Napierała szlifuje koperty drewnianych zegarków. FOT. Tomasz Gotfryd

Ekonomia i kultura

Studiował zarządzanie i marketing w Wyższej Szkole Komunikacji i Zarządzania, ale też kulturoznawstwo w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa. Wszystko w Poznaniu.

— Pracowałem potem w korporacjach w działach marketingu lub reklamy, ale zawsze miałem potrzebę tworzenia, interesowałem się sztuką — mówi Michał Napierała. Zobaczył kiedyś drewniany czasomierz z XIX w. Takie zegarki produkowały trzy pokolenia rosyjskiej rodziny Bronnikowów. Dziś to unikaty warte po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Michał Napierała też postanowił zrobić taki zegarek. Kupił kawałek drewna i najprostszy pilnik. Przy pomocy wskazówek z internetu opanował podstawowe umiejętności stolarskie i zegarmistrzowskie.

— Po kilkunastu dniach zegarek był gotowy. Ale dość koślawy. Mimo to, gdy poszedłem z nim na imprezę do znajomych, wszyscy zwrócili na niego uwagę. Ktoś powiedział, że też by taki chciał. Zrobiłem pierwszy zegarek na zamówienie, potem kolejny. I doszedłem do wniosku, że chciałbym się tym zająć poważniej — opowiada stolarz zegarmistrz. Był 2011 rok. Michał Napierała pracował wtedy w dużym portalu. Po godzinach strugał w mieszkaniu zegarki.

— Zdarzało się, że kończyłem o drugiej w nocy, a rano jechałem do pracy na etacie — wspomina. W końcu stwierdził, że dłużej tak nie da rady. A ponieważ praca w korporacji go zmęczyła, w 2012 r. odszedł z portalu i zajął się tylko zegarkami.

Chodzić jak w zegarku

Zegarmistrzostwo to zanikające rzemiosło. Nie ma gdzie się go uczyć. Michał Napierała czerpał wiedzę z kilku książek znalezionych w antykwariatach. Chodził do zegarmistrzów i podglądał ich pracę. Czasem kupował stary mechanizm zegarkowy, rozkładał na części i składał z powrotem. Precyzyjnej obróbki drewna też uczył się sam, wyszukiwał informacje w internecie, chodził do stolarzy. Pracował metodą prób i błędów. Pierwsze zegarki były dość toporne. Stopniowo doskonalił ich formę. Początkowo robił na sprzedaż zegarki ledowe, ponieważ nie mógł znaleźć odpowiedniego mechanizmu do umieszczenia w drewnianej kopercie. W drugim roku działalności eksperymentował trochę z formami. Powstał wtedy zegarek unisex Elektron, inspirowany elektroniką lat 80. XX wieku.

— Miałem ochotę wyjść poza formę wskazówkową. Ale szybko do niej wróciłem. Taka najbardziej mi odpowiada. Uważam, że zegarek powinien tykać sekundnikiem — twierdzi Michał Napierała. Najpierw montował w drewnianych kopertach szwajcarskie nakręcane mechanizmy Eta, co jednak się nie sprawdziło.

— Dowiedziałem się o tym dopiero, gdy klient co pół roku wracał do mnie z zepsutym zegarkiem. Okazało się, że w drewnianej kopercie po jakimś czasie dochodzi do mikropylenia, co zaciera mechanizm — wyjaśnia.

Dlatego zaczął używać zamkniętych w hermetycznej puszce mechanizmów japońskiego producenta.

Citizeny są w zasadzie nie do zajechania, wskazują godzinę co do sekundy. I zna je każdy zegarmistrz, więc poradzi sobie z ewentualną awarią — twierdzi Michał Napierała.

Dąb i wosk

— Mogłem zaprojektować formę i wydrukować zegarek z plastiku na drukarce 3D. Ale drewno można dowolnie kształtować przy pomocy prostych narzędzi: pilników, frezarek i papieru ściernego. Plastik nie daje takich możliwości — twierdzi projektant. Początkowo próbował z kilkoma gatunkami drewna.

— Wybrałem dąb, bo jest szlachetnym materiałem. Jest też bardzo twardy, wytrzymały i gdy się go szlifuje, opiłki nie zostają na drewnie, tylko ulatują. Tyle że jest ciężki w obróbce. Musiałem zmodyfikować dostępne frezarki i skonstruować własne urządzenia — opowiada twórca marki. Zegarki Woodlans powstają z sezonowanego dwa lata dębu bez sęków, są impregnowane naturalnym woskiem pszczelim, dzięki czemu są odporne na zanieczyszczenia i drobne zachlapania. Choć nie wodoszczelne.

— Drewniany zegarek nie musi taki być. Można go natomiast po jakimś czasie odnowić, szlifując i na nowo impregnując. Mógłbym zegarki lakierować, byłyby trwalsze. Ale chciałem, żeby użytkownik uniknął kontaktu z chemią, żeby czuł na skórze ciepło drewna — podkreśla rzemieślnik.

Twierdzi, że jeśli się wymieni w razie konieczności jakieś elementy, to drewniany zegarek posłuży nawet kilkadziesiąt lat. Zgodnie z prawem Michał Napierała daje na swoje czasomierze dwuletnią gwarancję. Ale jeśli coś się zepsuje później, też naprawia. Nawet jeśli klient stłukł szybkę, wstawia bezpłatnie nową.

Zazdrosny o pracę

Początkowo nad jednym zegarkiem pracował nawet dwa tygodnie. Zawsze można coś poprawić, więc trudno mu było skończyć. Z czasem opracował pięćdziesiąt dwie procedury, które mu to ułatwiają. Jedne dotyczą obróbki drewna, inne montażu mechanizmu i kontaktów z klientami.

— Niektóre są na tyle ważne, że nie powierzyłbym ich nikomu. Na przykład montażu mechanizmu w kopercie czy rozmowy z klientem o zamówieniu. Bo Woodlans to nie tylko produkt, ale też to, jak i gdzie powstaje. Nie dopuszczam do tej pracy nikogo także dlatego, że za bardzo ją lubię — mówi Michał Napierała. Czasami tylko pomaga mu żona, przygotowując jakieś elementy.

— Chcę być uczciwy i skoro deklaruję, że robię zegarki od początku do końca sam, to gwarantuję, że tak jest. Klient może do mnie przyjść i patrzeć, jak powstaje jego zegarek — zachęca artysta. Ale też nie bardzo chce się dzielić swoimi umiejętnościami.

— Przez sześć lat zdobyłem ogromną wiedzę zegarmistrzowską i stolarską, niemalże tajemną. Nie chcę jej oddawać — wyjaśnia.

Chciał, by dodatkowe elementy zegarka był równie szlachetne, jak jego robota. Dlatego współpracuje z firmą z Koszalina, która ręcznie wyprawia skórę i robi paski. I z małą krakowską grawernią, która robi na życzenie grawerunek. A także z producentem metalowych pasków i opakowań. Całą resztą zajmuje się sam.

Pracownia z oknem

Początkowo pracował w swoim mieszkaniu. Pięć lat temu wynajął pomieszczenie na Zabłociu, starej poprzemysłowej dzielnicy Krakowa. Miał tam 100 mkw., było wygodnie, ale nikt nie docierał. Przeniósł się więc na Stare Podgórze, gdzie też jednak bywali tylko mieszkańcy dzielnicy. Od kilku miesięcy ma pracownię na ulicy Stradomskiej, dwieście metrów od Wawelu.

— Zależało mi, by otworzyć warsztat dla ludzi. Na Stradomskiej mam lokal z witryną, dzięki czemu przechodnie widzą, jak pracuję. Czasami wchodzą, rozmawiamy. Daje mi to dużo energii, pomaga wytrwać w długiej, żmudnej pracy — opowiada artysta. Spędza w pracowni kilkanaście godzin dziennie. I, jak mówi, toczy się w niej niemal całe jego życie. Zawodowe, rodzinne i przyjacielskie. Wszystko się pomieszało. Wykonuje kilkadziesiąt zegarków miesięcznie. Jednego modelu.

— Dziś zajmuje mi to mniej więcej półtora dnia. Robię zegarki na zamówienie, nie mam zapasu „na magazynie”. Pracę dokumentuję fotografiami i krótkimi filmami, by klient miał pewność, że jego czasomierz został rzeczywiście wykonany ręcznie — opowiada Michał Napierała. Nad kształtem koperty pracował długo, a w zasadzie nadal pracuje, bo z roku na rok zegarek nieco się zmienia.

— Uważam, że to duża wartość, bo nie ma dwóch identycznych — zaznacza. Od początku jednak zależało mu na jak najprostszej, minimalistycznej wręcz formie. Zegarki Woodlans są numerowane i mają charakter unisex. Do wyboru jest koperta z bransoletą drewnianą za 460 zł i wersje z bransoletą skórzaną lub stalową za 430 zł.

Duże pieniądze już zarabiał

— Sześć lat temu byłem jedyną w Polsce osobą, robiącą zegarki z drewna od początku do końca. A może nawet na świecie. Bo są firmy sprzedające drewniane zegarki, ale zazwyczaj to produkty fabryczne, często sprowadzane z Chin — wyjaśnia Michał Napierała. Od tamtego czasu powstało w Polsce kilka podobnych firm, ale znikały równie szybko, jak się pojawiały.

— Chyba dlatego, że zakładały szybki zarobek. A to nie jest szczególnie dochodowe przedsięwzięcie. Zyski mam od zeszłego roku. Wcześniej utrzymywałem się dzięki dodatkowym zajęciom. I inwestowałem — mówi Michał Napierała. Nie potrafi powiedzieć, ile włożył w Woodlans czasu i pieniędzy. Nie potrzebował dużych kwot, bo zaczynał od pilnika ze składu budowlanego za 38 zł i kawałka drewna. Stopniowo zbudował zaplecze, wyposażył pracownię.

— Teoretycznie to się nie mogło udać, bo podszedłem do sprawy zupełnie inaczej, niż uczono mnie na studiach. Nigdy nie napisałem na przykład biznesplanu. Ale też niczego mi nie brakowało — przyznaje artysta. Bo wypracował sobie inny model życia. Ma, na przykład, barter z pobliskim warzywniakiem. W ten sam sposób zaopatruje się w ekologiczne miody, ma ubrania krakowskich projektantów, piwo od lokalnego producenta, samochód też naprawia mu mechanik w zamian za zegarek. Przez sześć lat Michał Napierała zrobił i sprzedał około 1500 czasomierzy. — Dochód wystarcza na podstawowe potrzeby mojej trzyosobowej rodziny. Duże pieniądze zarabiałem, pracując w reklamie. Zegarki robię przede wszystkim dla przyjemności i samorealizacji — konkluduje artysta. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Drewniany lans