O problemach najmniejszych — choć w opinii wielu najważniejszych dla gospodarki — przedsiębiorstw z dostępem do zewnętrznego finansowania mówi się od dawna. Firmy te zwykle bezskutecznie pukają do drzwi banków...
Może lekarstwem okażą się małe fundusze pożyczkowe i poręczeniowe. Cechuje je większa ufność wobec mikroprzedsiębiorców niż ta, którą odznaczają się wielkie instytucje finansowe. Co ważne, ich apetyt też jest mniejszy, bo żądają niższych prowizji i odsetek od zaciągniętych pożyczek. Miniony tydzień przyniósł dobrą wiadomość dla „małych” — ponad 170 mln zł z brukselskiej kasy zasili fundusze, w rezultacie — firmy.
Radość mogłaby być większa, gdyby nie to, że jeszcze inne fundusze — kapitału zalążkowego — nie mogą doczekać się dotacji. Powód? Przygotowania do uruchomienia wsparcia rozpoczęto zbyt późno, wymiana dokumentów między instytucjami — polskimi a polskimi oraz polskimi a unijnymi — ciągnie się niemiłosiernie. Dla zniecierpliwionych nasi urzędnicy mają lekarstwo — niepoprawny optymizm: zdążymy…
I jeszcze drobnostka. Od początku roku starający się o unijne wsparcie składają pewne oświadczenie o możliwości uzyskania dotacji. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że opiera się ono na ustawie, która nie obowiązuje od blisko trzech miesięcy. Dla zagubionych w gąszczu wymaganych dokumentów przedsiębiorców to kolejne, niepotrzebne i wcale niemałe zamieszanie.