Drodzy Czytelnicy

Paweł Moskalewicz
opublikowano: 2005-10-28 00:00

Mój wuj, redaktor naczelny branżowego miesięcznika, biega, odkąd pamiętam. Za głębokiej komuny — biegał. Za kapitalizmu — biega. Latem biega po polach, zimą na biegówkach. I tak mimochodem przebiegł już siedemdziesiątkę, wcześniej zarządzając sporą organizacją, własnoręcznie budując kilka domów oraz pisząc kilka książek — głównie o bieganiu zresztą. Kiedyś na osiedlu wytykano go palcami: „O, ten wariat, co biega!”. Bo nikt normalny się przecież nie wygłupiał... Dziś sytuacja się odwróciła, a lobby tych, co ćwiczą, z wyższością patrzy na zaniedbanych, brzuchatych, bez kondycji... Szczególnie dotyczy to biznesu, który ławą ruszył do fitness clubów, by tam pracować nad sylwetką — coraz bardziej niezbędnym atrybutem „menedżera sukcesu”. Bogatsi sprowadzają do domowej siłowni prywatnego trenera, pardon, konsultanta.

Nad kondycją pracować warto, bo tylko prawdziwy twardziel ruszyć może na niezwykłą wyprawę — konno po bezkresnych stepach Ukrainy. A taka wycieczka ładuje akumulatory na kolejny rok za biurkiem.

Nie każdy bowiem ma szansę na codzienną porcję zdrowej, fizycznej pracy w polu. A to — jak pokazuje przykład austriackiego wójta, niejakiego Raiffeisena — murowana recepta na zbudowanie finansowej potęgi.