Drugie odzyskanie niepodległości

opublikowano: 03-06-2019, 22:00

Obchodzony 4 czerwca Dzień Wolności i Praw Obywatelskich ustanowiony został przez Sejm bardzo późno, dopiero w 2013 r., tuż przed 24. rocznicą przełomowych wyborów.

Uchwałę przyjęto stosunkiem 405:0, przy 25 posłach wstrzymujących się (tylko klub SLD) oraz 30 nieobecnych. Tekst zgodnie przyjęły PO, PiS, odrębna wtedy Solidarna Polska, PSL oraz Ruch Palikota. Teoretycznie zatem obchody 30. rocznicy bezkrwawego obalenia PRL powinny klasę polityczną i społeczeństwo jednoczyć. Niestety, absolutnie tak nie jest — wszyscy świętują, ale każda strona sobie. Dla rządzącej Polską tzw. dobrej zmiany bardzo niewygodna jest wieloznaczeniowa nazwa dzisiejszego święta.

Lech Wałęsa sam nie startował, ale każdy kandydat Solidarności wykorzystywał w kampanii zdjęcie z przewodniczącym.
Zobacz więcej

Lech Wałęsa sam nie startował, ale każdy kandydat Solidarności wykorzystywał w kampanii zdjęcie z przewodniczącym. Fot.Jerzy Kosnik - FORUM

We wspomnianej uchwale Sejmu znalazła się kwintesencja tego, co naprawdę się wydarzyło. „4 czerwca 1989 r. siłę zastąpiła kartka wyborcza. Wynik tego głosowania zapoczątkował proces uwalniania się Europy od komunizmu”. Dwa lakoniczne, prawdziwe zdania w pełni uzasadniają traktowanie legendarnego 4 czerwca jako dnia powtórnego odzyskania przez Polskę niepodległości, chociaż w odróżnieniu od 11 listopada nie jest to święto ustawowe, oznaczone w kalendarzu czerwoną kartką. Ze względu na bardzo współczesny kontekst walki wyborczej wartość kontraktowego głosowania z 1989 r. bywa rozmywana i kwestionowana. Wykorzystując czerwcową zbieżność historycznych dat, władza postanowiła w tym roku przykryć propagandowo wydarzenia sprzed 30 lat starszymi o dekadę — kultową pierwszą pielgrzymką papieża Jana Pawła II. Akurat całą pamiętną sobotę 2 czerwca 1979 r. spędziłem w służbie sektorowej w ogromnym skwarze na betonie warszawskiego placu Zwycięstwa, jakieś 80 metrów od papieskiego ołtarza. Dziejowe znaczenie tamtego przełomu rozumiem zatem sto razy lepiej od zastępów polityków i dyżurnych propagandystów, dla których to jedynie archiwalne nagrania. Szkoda jednak, że w zasilanych budżetowymi miliardami mediach tzw. narodowych nastąpiło aż tak wielkie zachwianie proporcji między wielkimi czerwcami sprzed 40 oraz 30 lat.

Metod deprecjonowania znaczenia przełomu z 4 czerwca 1989 r. jest zresztą wiele. Ostatnio za niemal zdradę ówczesnych nadziei społeczeństwa uważane jest uzupełnienie 33 sejmowych mandatów po upadku tzw. listy krajowej. Przypomnę, że zgodnie z kontraktem Okrągłego Stołu umieszczono na niej całą wierchuszkę PZPR (poza Wojciechem Jaruzelskim, który od razu celował w urząd prezydenta PRL) i jej wasali, skupionych w tzw. PRON — Patriotycznym Ruchu Odrodzenia Narodowego. Wycięcie przez wyborców 4 czerwca aż 33 z 35 członków owej elity PRL było niepodważalnym dowodem upadku realnego socjalizmu. W atmosferze szoku totalitarnej władzy istniały trzy wyjścia — nieobsadzenie 33 mandatów (Sejm konstytucyjnie był jednak 460-osobowy…), głosowanie w drugiej turze 18 czerwca ponownie na upadłą listę krajową lub rozdzielenie miejsc między PRON, lecz już z zupełnie innymi kandydatami. Przeszło to trzecie rozwiązanie, zdecydowanie najmądrzejsze. Zaraz po 4 czerwca naprawdę wisiało w powietrzu zagrożenie, że w razie nieobsadzenia 33 mandatów towarzysze mogą wybory… unieważnić pod pretekstem konstytucyjnym. Zmiana ordynacji w trakcie wyborów, między turami 4 i 18 czerwca 1989 r., współcześnie rzeczywiście może wyglądać na absurd legislacyjny, ale RP drugi raz odzyskiwała niepodległość naprawdę w biegu…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu