Duża poligrafia z małą marżą

Rafał Kerger
opublikowano: 2007-03-19 00:00

Drukarnie wielkoformatowe mają dziś więcej zleceń niż możliwości wykonania. Ale ostatecznie przetrwają tylko najlepiej przygotowane na stagnację.

Przedsiębiorcy liczą na zagraniczne zamówienia

Drukarnie wielkoformatowe mają dziś więcej zleceń niż możliwości wykonania. Ale ostatecznie przetrwają tylko najlepiej przygotowane na stagnację.

Kiedy Andrzej Biernat, właściciel krakowskiego CopyMax System, kupił pierwszą maszynę do druku wielkoformatowego, nawet nie przypuszczał, że będzie się martwił tym, iż jego obroty rosną co roku mniej więcej 100 proc.

— Nawet sobie nie wyobrażałem, że to możliwe. Rynek ciągle dynamicznie wzrasta — uśmiecha się biznesmen.

Na potęgę drukowane są banery, plakaty, szyldy, tablice, stojaki, siatki na budynki, na okna, na tiry i autobusy. Co tylko wyobraźnia podpowie. Według domu mediowego Starlink, wartość rynku reklamowego w 2006 roku przekroczyła w Polsce 5,6 mld zł i jest o ponad 10 proc. wyższa niż rok wcześniej. W tym samym tempie wzrasta segment reklamy zewnętrznej, który napędza koniunkturę wielkoformatowym drukarniom.

Cena już nie ta

Drukarnie wielkoformatowe w ostatnich latach powstawały nad Wisłą bardzo szybko. Zaowocowało to przede wszystkim drastycznym spadkiem cen dużej poligrafii.

— Gdy osiemnaście lat temu zaczynałem swą przygodę z tym biznesem, za metr kwadratowy druku wielkoformatowego można było wziąć równowartość dzisiejszych 120 złotych. Teraz trzeba się cieszyć, gdy klient zapłaci 16 złotych — mówi Piotr Stróżyński, właściciel stołecznej drukarni CDC.

W tej sytuacji działy sprzedaży przy niskich marżach muszą napędzić usługodawcom jak najwięcej klientów, aby można było zarobić na „masie”, skoro nie można na cenie.

— Czasami, gdy konkurencyjne oferty są bardzo podobne cenowo, pomaga doświadczenie. Wygrywa drukarnia, która może pochwalić się największymi odbiorcami na rynku — dodaje Piotr Stróżyński.

Ostra konkurencja cenowa cieszy głównych odbiorców wielkoformatowego druku, czyli agencje reklamowe i działy marketingu dużych firm. Drukarzy jednak martwi.

— W ten sposób odbieramy sobie szansę na modernizację maszyn drukarskich. Kiedyś mogłem odłożyć na zakup nowej technologii. Dziś trzeba posiłkować się leasingiem bądź kredytem — nie ukrywa Stróżyński.

Modernizacyjny wyścig

A maszyny do dużej poligrafii to wydatek nawet kilkuset tysięcy euro. Do tanich nie należą też materiały eksploatacyjne służące do druku. Na zakup nowych urządzeń można dostać dotacje z funduszy unijnych. To zachęca do modernizacyjnego wyścigu.

— W ciągu niespełna trzech lat najpierw drukowaliśmy na ploterze atramentowo-pigmentowym, potem na solwentowym. Teraz liczą się już głównie płaskie plotery UV — mówi Wiesław Sikora, właściciel drukarni Paleta ze Szczecina.

Ploter to nic innego jak wielkoformatowa drukarka.

— Najtańsze urządzenia i materiały eksploatacyjne oferują Chińczycy — tłumaczy Wiesław Sikora.

Chińskie wyroby ciągle mają jednak kiepską reputację.

— Kiedyś na targach jeden z importerów takich maszyn prezentował ich walory. Wszystko było pięknie niecałe dwa dni. Pod koniec drugiego dnia jakość druku wyglądała tragicznie. Trzeciego dnia chińszczyzna już nie drukowała. Importer tłumaczył to zbytnią wilgotnością. Europejskie urządzenia jednak pracowały bez zarzutu — mówi Andrzej Biernat.

Co wymyślą politycy

Właściciel CopyMaksu podkreśla, że na razie na rynku druku wielkoformatowego znajdzie się miejsce niemal dla każdej nowej firmy.

— Dziś nie wszystkie zlecenia możemy obrobić. Ale za dwa — trzy lata, kiedy w nasyceniu rynku reklamy zewnętrznej dogonimy Europę Zachodnią, przetrwają tylko ci najlepiej na stagnację przygotowani — mówi przekornie Andrzej Biernat.

Piotr Stróżyński zwraca uwagę na niepewność w branży.

— Władze Szczecina zabroniły kiedyś reklamy na miejskich autobusach i tramwajach, dlatego tamtejszym drukarniom wypadł największy segment rynku. Kto wie, na co jeszcze politycy wpadną? Poza tym najwięksi odbiorcy naszych usług niebawem mogą zdecydować się na założenie własnych drukarń. Biznesowo by im się to opłaciło — mówi Piotr Stróżyński.

Warto poczekać

Jednak nasze drukarnie wielkoformatowe coraz częściej sprzedają za granicę. Mają nowoczesny park maszynowy i tak samo wykwalifikowaną kadrę jak Niemcy, Francuzi czy Belgowie. Są jednak tańsi — dzięki niższym kosztom siły roboczej i mniejszym kosztom stałym.

— Jedyną barierą wejścia na zachodnie rynki jest czas realizacji usługi. Klient najpierw trzy miesiące myśli nad kampanią, potem trzy miesiące ją wizualizuje. Wydrukować chce wszystko w trzy dni. Z kolei wysyłka banerów na Wyspy Brytyjskie musi potrwać około pięciu dni — mówi Andrzej Biernat, który ma już pierwszych klientów z Anglii.

Synowie Albionu wolą poczekać na druk dłużej, bo są zachwyceni polską ceną. Wydruk i wykończenie banera kosztuje ich — wraz z transportem — 10 euro za metr kwadratowy. A polski usługodawca też ma powody do radości. 10 euro a 16 złotych, które płaci polski zleceniodawca... Różnica jest.