Dwa formaty stały się faktem

opublikowano: 27-10-2011, 00:00

Unia Europejska

Polskiej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej wielu planowanych zamierzeń nie uda się zrealizować. Częściowo z przyczyn obiektywnych, do których należy choćby nakręcanie się spirali kryzysu w strefie euro czy niekorzystny rozwój sytuacji politycznej na Ukrainie i Białorusi. Za to właśnie podczas naszego półrocza „osiągnięty” zostanie cel absolutnie niechciany — mianowicie ugruntuje się podział Unii Europejskiej. Zestresowany tą wizerunkową porażką premier Donald Tusk unika jak ognia terminu „dwie prędkości”, jednoznacznie kojarzącego się z tempem wzrostu gospodarczego i w ogóle rozwoju cywilizacyjnego. Bardziej neutralne i politycznie strawne jest określenie np. „dwa formaty”.

Podział potwierdzony został przebiegiem wczorajszego, nadprogramowego zjazdu szefów państw i rządów w Brukseli. Po zakończeniu szczytu niedzielnego Donald Tusk jako wielkie osiągnięcie Polski przedstawiał wywalczenie udziału w środowym spotkaniu Eurogrupy także dziesiątki państw utrzymujących własne waluty. Fakt — wywalczyliśmy, ale tylko godzinne nieformalne spotkanie informacyjne członków Rady Europejskiej (czyli szefów państw i rządów) w formule owalnego stołu. Potem zwinęliśmy papiery, a dalej debatowała już tylko siedemnastka posługująca się euro w formule długiego obiadu roboczego. Trudno o bardziej wymowny dowód, że wpływ polskiej prezydencji na rozwój sytuacji tak rozpalającej i stresującej rynki na całym kontynencie jest praktycznie zerowy.

Kilkanaście lat temu, na początku żmudnej drogi Polski ku Unii, nasi premierzy gościli podczas szczytów właśnie na roboczych obiadach. Najpierw krótko, potem coraz dłużej, ale po deserze wyjeżdżali do domu i o przyjętych później konkluzjach po prostu się dowiadywali. Chociaż na przykład podczas pamiętnej Nicei w roku 2000 zaalarmowany przez polskich dziennikarzy Jerzy Buzek już z Warszawy wywalczył telefonicznie przydzielenie Polsce odpowiedniej liczby tzw. głosów ważonych. Dzisiaj jesteśmy ósmy rok pełnoprawnymi obywatelami Unii Europejskiej, a tu historia zatoczyła pełne koło. O decyzjach w sprawie ratowania euro Donald Tusk, czyli szef rządu państwa sprawującego rotacyjną prezydencję, dowiaduje się po prostu z telewizji, transmitującej z Brukseli poobiednią konferencję prasową obu przewodniczących: Hermana Van Rompuya i Jose Manuela Barroso.

Inna sprawa, że nieobecność premiera na wieczornym obiedzie miała wymiar głównie polityczno-symboliczny, podcinający jego pozycjonowanie się na duchowego przewodnika Europy. Bo w odniesieniu do podjętych, a raczej niepojętych przez Eurogrupę decyzji — może nawet lepiej opłaciło się tam… nie być. Szczyty szefów państw i rządów służą budowaniu klimatu oraz wysyłaniu sygnałów o politycznej zgodzie. Tymczasem rynki finansowe oczekują konkretów i w czwartek od rana chciałyby uwzględniać w swoich planach potwierdzoną wiadomość, że — powiedzmy — obligacje greckie stracone są w 40, 50 czy 60 procentach. A na takie konkrety Eurogrupa wciąż nie jest gotowa.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu