Biznesowi samoucy. Andrzej Olszewski twierdzi, że najlepiej uczyć się na błędach konkurencji. Jego żona Zyta — że mąż ma rację. Dobrany duet.
rodzinie Olszewskich wiadomo tyle, co podają suche komunikaty giełdowe i uchwały walnych zgromadzeń Farmacolu: trzymają w ręku sporą część rynku dystrybucji leków w Polsce i każdego roku pomnażają swój majątek o jakieś 100 mln złotych.
Pan od wuefu
Mały acz urokliwy stadion chrzanowskiego klubu piłkarskiego Fablok. Lekko sfatygowany. Po drewnianych trybunach nie ma śladu. Zastąpiły je betonowe. Szkoda, bo zabytkowe były, jeszcze sprzed wojny. Jedyne takie ostały się chyba na stadionie Wawelu Kraków.
Andrzej Olszewski patrzy na murawę. Wspomnienia. Widzi siebie, jak uwija się pod bramką w czerwonych spodenkach i biało-czerwonej koszulce z numerem 9. Tumult, wrzask, gwizdy. Twardy jest, więc łzy nie uroni.
— Miałem wtedy siedemnaście lat. Grałem w obronie. Środkowy albo boczny obrońca. Właśnie tu, w Fabloku. Doszliśmy nawet do trzeciej ligi — mówi Olszewski.
— Nastolatek zapatrzony w Gorgonia, Lubańskiego, Deynę? Pokój obwieszony plakatami?
— No pewnie. Choć czułem, że takiej kariery jak oni, to raczej nie zrobię. Zawsze lubiłem sport, a sport to nieustanna rywalizacja. Od najmłodszych lat coś trenowałem, gry zespołowe, pływanie, bieganie. No i piłka nożna — mówi Olszewski.
Pierwsza życiowa decyzja: boisko czy aula. Wybrał studia. AWF i piłka nożna. Pierwsza praca? Też w sporcie, ale mniejszym i na krótko.
— Jako pan od wuefu w podstawówce wytrzymałem trzy lata. Powiem szczerze: nie przepadałem za tą robotą. Nauczycielem trzeba się urodzić, a ja zawsze czułem się dobrze organizacyjnie, ciągnęło mnie do rywalizacji — wspomina Olszewski.
I pociągnęło. Do zjednoczenia węglowego. Kierownik działu sportu i wczasów. Taki kaowiec od sportu.
— Organizowałem imprezy sportowe dla górników i wczasy. To było takie miękkie przejście od sportu do biznesu — tłumaczy Olszewski.
Przeganianie górników po niedzielnych imprezach sportowych przyniosło pierwszy awans, na dyrektora do spraw pracowniczych w kopalni Ziemowit. A Ziemowit to była wówczas największa kopalnia węgla w Europie. Udało się cudem, bo bez czerwonej książeczki, która w starym systemie dla większości była przepustką do kariery.
— Kiedy zaproponowano mi to intratne stanowisko, zapomniano o najważniejszym, że byłem bezpartyjny. To wyszło na rozmowie kwalifikacyjnej. Sekretarz PZPR w Tychach zapytał, dlaczego nie jestem członkiem partii. Coś tam bąkałem, widząc, jak właśnie oddala się mój awans. I zaskoczenie. Awans dostałem — wspomina Olszewski.
Tym większe, że pochodzi z antykomunistycznej rodziny. I nawet nikt specjalnie do partii go nie ciągnął.
— W latach osiemdziesiątych odstępstwa od klucza partyjnego nie były już czymś niezwykłym — tłumaczy Olszewski.
Zyta z nakazem
W tym czasie po niewielkiej państwowej aptece w Jaworznie uwijała się drobna blondynka w białym kitlu. Pani magister trafiła do niej tuż po studiach w 1974 roku.
— Dostałam tytuł magistra i skierowanie do pracy, właśnie w państwowej aptece w Jaworznie. Zaczynałam od młodszego asystenta, skończyłam na kierowniku — mówi Zyta Olszewska.
Czasy były takie, że każdy wykształciuch musiał odpracować dar od państwa — bezpłatne studia.
Zyta Olszewska, zanim trafiła na studia farmaceutyczne, również była sportowcem. I to niezłym. Trenowała lekką atletykę. Wygrała niejedne zawody i nieraz stawała na pudle.
Pewnego razu trener wręczył jej wyróżnienie: skierowanie na obóz sportowy dla najlepszych sportowców z województwa krakowskiego. W Zakopanem. Zrządzenie losu, bo takie samo dostał Andrzej Olszewski, wówczas piłkarz junior.
— I tak się poznaliśmy, właśnie na obozie sportowym w Zakopanem. Minęły lata. Studiowałam w Krakowie, mąż w Katowicach. Pewnego dnia przypadkowo spotkaliśmy się w rodzinnym Jaworznie, w jakimś klubie. Małżeństwem jesteśmy od 33 lat —zdradza Zyta Olszewska.
Prawie badylarz
Nadszedł rok 1989. Zmiany gospodarcze. Zielone światło dla prywatnego biznesu. Wreszcie. Bo Olszewski od dawna marzył o własnym biznesie.
— Jeszcze pracując w zjednoczeniu, byłem bardzo bliski uruchomienia szklarni. Na nic większego nie miałem pieniędzy. Naprawdę mało brakowało, a zostałbym badylarzem. Gdyby nie moja żona, to pewnie dzisiaj byłbym królem ogórków albo innego warzywa — żartuje Olszewski.
A czas był taki, że apteki zaczęły się prywatyzować.
— Szybka decyzja: uruchamiamy aptekę, potem kolejne, a przy okazji małą hurtownię leków. Wszystko, czego zdążyliśmy się dorobić, sprzedaliśmy, łącznie z garażem. i zainwestowaliśmy. Kredyt też musieliśmy wziąć, ale podchodziliśmy do niego jak pies do jeża. Przyznam, że sporo pomogła nam wtedy konkurencja, bo jak dowiedziałem się, że sąsiad zza miedzy wziął 500 tys. złotych kredytu, to mnie tak nakręciło, że następnego dnia też poleciałem do banku — dodaje Olszewski.
Słowem, konkurencja dopingowała. Olszewski lubi wyzwania. Wtedy kredyt był jednym z nich. Pamiętacie te dwuzerowe oprocentowania? Powstały dwie apteki, w Tychach i w Jaworznie. Obie działają do dziś. I wciąż są królestwem Zyty Olszewskiej.
Rozwój poszedł w kierunku hurtu farmaceutycznego. Tym zajął się Andrzej Olszewski. Trzeba przyznać, miał głowę na karku. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kto żyw otwierał hurtownie, zwłaszcza aptekarze, którzy niemalże z marszu otrzymywali koncesje na ich prowadzenie. Hurtowni było więc bez liku. Udało się Olszewskiemu. Dlaczego?
— Bo skoncentrowałem się tylko na hurcie, pozostawiając apteki w gestii Zyty, gdy tymczasem większość aptekarzy prowadziło jedno i drugie jednocześnie — tłumaczy Olszewski.
Rok 1990. Powstała hurtownia Farmacol. Przez długi czas Olszewski sam sobie był kierowcą, magazynierem, sprzedawcą i negocjatorem.
— Mnie się udało. Może dlatego że nie przejadałem zysków. W tamtych czasach, gdy ktoś poczuł wreszcie większy pieniądz, zysk w kasie, to bardzo często gnał do dilera po mercedesa. Ja wsadzałem wszystko w firmę — podkreśla Olszewski, który mercedesa dopiero zamierza kupić.
Jak zwykł mawiać, w biznesie liczy się rozsądek. I ludzie. Dzisiaj w Farmacolu wciąż pracują ludzie, którzy wtedy, wraz z nim, budowali hurtownię. To zdarza się rzadko.
Wtopa z happy endem
Tym, czym w dobrej powieści, zwłaszcza sensacyjnej, są nieoczekiwane zwroty akcji, tym w biznesie są przeróżne niepowodzenia, wpadki i potknięcia. Nie ominęły również Olszewskich.
— Dzisiaj śmieszą nas swoją skalą, ale wtedy nie było nam do śmiechu, bo groziły ruiną finansową. Jedną taką wpadkę pamiętam do dzisiaj. Na początku naszej działalności postanowiliśmy wyjechać na krótkie wakacje. Firmę zostawiliśmy w rękach jednej z farmaceutek. Ryzykownie, bo wtedy jeszcze niemal każda decyzja o zakupie towaru wiązała się z olbrzymim ryzykiem finansowym. Każdy poważniejszy zakup pochłaniał kwotę większą niż cały nasz kapitał. Przed wyjazdem zrezygnowaliśmy z zakupu dużej partii leku u jego producenta, bo to oznaczałoby dla nas pustą kasę. Nie chcieliśmy ryzykować, tym bardziej że układ był taki, że kupujemy wszystko albo nic. Po powrocie z wakacji konsternacja, okazało się, że farmaceutka, która nas zastępowała, zadecydowała o zakupie tego leku. W rezultacie magazyny mieliśmy załadowane pod dach, za to kasę pustą. Dosłownie — wspomina Olszewski.
Szczęście w nieszczęściu. Okazało się, że Olszewscy wykupili całą produkcję leku, o który pytały inne hurtownie. Do tego wysoko rabatowanego. Miał go tylko Farmacol. Cóż więc zrobił Olszewski? Rzecz banalnie prostą. Sprzedał lek zalegający jego magazyn innym hurtowniom. I tak narodziła się w Farmacolu zyskowna gałąź działalności prowadzonej do dzisiaj — sprzedaż przedhurtowa, czyli zaopatrzenie innych hurtowni. Niby wtopa, ale z happy endem. Ale bywały i większe, mniej optymistyczne.
Wkurzeni aptekarze
Wraz z przejęciem przez Farmacol kilku państwowych Cefarmów (Szczecin, Warszawa, Kielce, Wrocław, Gdańsk) w ręce Olszewskich trafiły również cefarmowskie apteki. Prywatnym aptekarzom to się nie spodobało. Nikt nie lubi konkurencji. Zagrozili zerwaniem współpracy. Olszewski się ugiął. Pisaliśmy o tym w 2003 roku („PB”, 28.02.2003).
„Andrzej Olszewski, właściciel giełdowej spółki, ugiął się pod naciskiem śląskich aptekarzy, którzy zagrozili zerwaniem współpracy z hurtownią leków. (…) Właścicielom aptek nie spodobało się, że Polska Grupa Apteczna (PGA), spółka zależna Farmacolu, powołana do prowadzenia sieci detalicznej w grupie, przygotowuje się do uruchomienia kolejnych placówek w sąsiedztwie już istniejących. Andrzej Olszewski, właściciel Farmacolu, zapewnia, że aptekarze nie wstrzymali zamówień i hurtownia nie zmniejszyła obrotów. Przyznaje jednak, że PGA nie będzie otwierać na Śląsku nowych aptek. (…) Presja otoczenia była na tyle silna, że firma zdecydowała się sprzedać lokale, które już przygotowała do uruchomienia sprzedaży i wycofała z nadzoru farmaceutycznego cztery wnioski o pozwolenia”.
— Mnie nie interesuje dzisiaj rozwój sieci aptek. Stawiam na sieć dystrybucji — dodaje Olszewski.
Farmacol przewija się w sprawie fundacji Zamek Chudów Andrzeja Sośnierza, dyrektora Śląskiej Kasy Chorych. Miał być jedną z firm, które wpłacały pieniądze na jej konto. Oficjalnie, firma była dostawcą leków dla kasy.
Nie jestem gwiazdą
Teza: ktoś, kto zbudował od zera firmę zatrudniającą prawie 3 tysiące osób i sprzedaje rocznie za 3 mld złotych, musi mieć mocny i zarazem trudny charakter.
— To prawda. Ma pan przed sobą żywy przykład — potwierdza Olszewski.
— A kto ma trudniejszy, pan czy małżonka?
— Zdecydowanie ja. Charakter Zyty i mój to dwa różne bieguny — przyznaje Olszewski, nalewając kawę. Z miodem. Bo zdrowy.
— Dobry szef z dobrym charakterem? Nie ma takich — potwierdza Zyta Olszewska. W obecności męża.
— Andrzej jest uparty i czasami trudno jest mu wyperswadować pewne rzeczy. Mało elastyczny. To jego duży minus. Cecha nabyta biznesowych samouków. W końcu, gdy kończyliśmy studia, nikt nie uczył prowadzenia biznesu — dodaje Olszewska.
Uparty jak Ślązak?
— Pochodzę z Jaworzna, więc nie jestem typowym Ślązakiem. Brakuje mi do niego kilka kilometrów — włącza się Olszewski.
Zyta Olszewska jak na jedną z trzech najbogatszych kobiet w Polsce (po Małgorzacie Adamkiewicz i Annie Podniesińskiej) zaskakuje. Skromnością. Często powtarza: „nie jestem gwiazdą”. Pieniądze nie przewróciły jej w głowie. Nie nosi biżuterii, ubiera się skromnie acz gustownie, ze smakiem.
— Najszybciej ludzi zmieniają pieniądze. Nam dają jedynie luksus niepatrzenia na wszystkie metki w sklepach, tak jak kiedyś — mówi.
Olszewskich jednak nie zmieniły. Ich znajomi to potwierdzają.
— Olszewskich znam od początku lat osiemdziesiątych. Wpierw poznaliśmy się z Zycią. Często kupowałam w jej aptece. I tak się zgadaliśmy. Pewnego razu, akurat było zawieszenie stanu wojennego, spotkaliśmy się na nartach w domu wczasowym w Bukowinie Tatrzańskiej. Od tego czasu wspólne imprezy, imieniny, wakacje. Z naszego grona 10-12 osób oni jedyni zrobili dużą kasę i nie zerwali z nami kontaktów. Bo tak bywa zazwyczaj. Tymczasem Zyta i Andrzej są wciąż tacy sami jak wtedy, gdy się poznaliśmy. Nie widać po nich tej fortuny, pieniądze w żaden sposób ich nie zmieniły. Są tacy jak kiedyś, przyjaźni, pomocni, otwarci. Po prostu, przyjaciele — powiedziała nam Maria Chmiel, prawnik.
— Nie odbija im woda sodowa. Zachowują się jak dawniej. On, typ odkrywcy, wszystkiego musi spróbować, ona — dama, elegancka, ale nie wyniosła — mowi Jan Zapała, profesor UJ.
— Od zawsze, całą paczką, jeździmy na rowery na Kaszuby i mieszkamy w tych samych skromnych domkach kempingowych. Andrzej jest naszym wakacyjnym wodzem. Brawurowo odważny, lubi odkrywać, pędzić do przodu, czasem się zapędza. Zyta przeciwnie, samarytanka, łagodzi obyczaje — mówi Dariusz Chmiel.
My dodalibyśmy jeszcze: otwartość, dystans do siebie i miłe usposobienie.
— Nabyta cecha zawodowa. Przez szesnaście lat podawałam leki w aptece — żartuje Zyta Olszewska.
Jeżeli na jakimś przyjęciu zechcecie podejść do niej z kieliszkiem szampana i zagaić rozmowę, zacznijcie od zwierząt. Może o nich opowiadać godzinami.
— Mamy dwa rottweilery Axela i Amisa, kolejne pokolenie, i kota Klemensa. Sypiają przy łóżku. Dzięki nim i kotu dom jest cieplejszy — twierdzi Zyta Olszewska.
Albo o kuchni. Sama robi wędliny. Lubi czytać. Literatura współczesna, czasem Gretkowska, ostatnio „Biała Masajka” i „Królowa Vogue’a” Anna Wintour. On zazwyczaj spędza czas przy komputerze.
— Wiecznie czegoś tam szuka, coś przegląda, sprawdza — opowiada Olszewska.
Zajrzeliśmy więc do komputera szefa Farmacolu. W ulubionych najwięcej miejsca zajmują strony motoryzacyjne i podróże. Bo dla odmiany, jeżeli zechcecie na raucie zagaić rozmowę z panem Olszewskim, najlepiej zacząć od nurkowania z butlą i przejść do samochodów.
Uwielbia je, choć się do tego nie przyznaje. W gabinecie ma trzy modele, w tym jeden maybacha. Ciche marzenie? Na pewno nie Maybach, bo „to nie jest samochód do jeżdżenia, lecz do pokazywania się”. Sam jeździ volkswagenem phaetonem, dla którego porzucił lexusa 430. Wcześniej jeździł chryslerem 300M. W przyszłości zastanawia się nad kupnem mercedesa albo volvo. Takie męskie sprawy. n
