Dwie Anny i spółka

AGNIESZKA RODOWICZ
23-11-2017, 22:00

Mokosz to słowiańska bogini ziemi, plonów, urodzaju. Takie są też kosmetyki marki Mokosh: odżywcze, w pełni naturalne. I wegańskie.

Annie Didiuk, kosmetolożce, od dawna brakowało produktów, które mogłaby wykorzystać w gabinecie kosmetycznym i których sama chciałaby używać: naturalnych, bez konserwantów i barwników. Na polskim rynku takie produkty były, ale bardzo drogie.

Bez kompromisów.
Wyświetl galerię [1/3]

Bez kompromisów.

Anna Didiuk (z lewej) i Anna Rutkowska-Didiuk, właścicielki firmy Mokosh, nie oszczędzają na produkcji kosmetyków: korzystają tylko z dobrych jakościowo, ekologicznych składników. Marek Wiśniewski

A ponieważ jej bratowa, Anna Rutkowska-Didiuk, z wykształcenia psycholożka, zmęczyła się pracą w korporacji, postanowiły wspólnie zająć się produkcją naturalnych kosmetyków. Z połączenia kosmetologii i psychologii powstała marka Mokosh.

Olejem i solą

Zaczęły trzy lata temu od sprowadzania i konfekcjonowania kosmetyków jednoskładnikowych, które można ze sobą łączyć: bardzo dobrej jakości naturalnych olejów bazowych tłoczonych na zimno, olejków eterycznych, soli kopalnianych i morskich.

— Sprowadzałyśmy je z Francji, Brazylii, Indii, Australii, Nowej Zelandii, Stanów Zjednoczonych… Z Polski mamy na przykład olej z pestek malin i znakomicie zmineralizowane sole kopalniane — informuje Anna Rutkowska- -Didiuk. Szukanie najlepszych składników przez internet, na targach, bezpośrednio u dostawców zajęło im wiele miesięcy.

— Stworzyłyśmy od razu receptury dla gabinetów kosmetycznych, żeby ich pracownicy wiedzieli, co z czym połączyć dla uzyskania konkretnego efektu: relaksacji czy energetyzacji organizmu w zależności od potrzeb klienta — opowiada Anna Didiuk. Nawet spa i gabinety kosmetyczne w dużych hotelach chętnie przystały na taką koncepcję pracy z klientami. — Z czasem nasi partnerzy: hotele, gabinety, spa zaczęli się domagać gotowych kosmetyków — mówi Anna Didiuk. Stąd pomysł tworzenia produktów wieloskładnikowych. — Jako pierwsza powstała linia kosmetyków z żurawiną: peeling solny, sól do kąpieli, później masło i balsam do ciała, eliksir do ciała i do paznokci — wylicza Anna Rutkowska- -Didiuk.

— Przyjęłyśmy zasadę, że bazowym olejem, wokół którego projektujemy kosmetyk, jest olej występujący w Polsce. W peelingach jest to olej z wiesiołka, w masłach olej z kiełków pszenicy, w eliksirach z marchewki — dodaje Anna Didiuk. Drugim kryterium doboru składników było oczywiście ich oddziaływanie na skórę.

— Dlatego w większości naszych kosmetyków jest olej jojoba, znakomicie nawilżający skórę, lub bardzo odżywczy olej arganowy i wiele innych egzotycznych i naszych, ale nieoczywistych składników, np. olej z pestek ogórka, żurawiny, fig czy macerat z kwiatu gorzkiej pomarańczy — wyjaśnia Anna Rutkowska-Didiuk. Początkowo w kosmetykach Mokosh był wosk pszczeli, z czasem jednak wszystkie stały się wegańskie w związku z zapotrzebowaniem na produkty bez składników pochodzenia zwierzęcego.

— Długo szukałyśmy składnika, który zastąpiłby znakomicie nawilżający wosk pszczeli. Wybrałyśmy frakcje różnych olei roślinnych, między innymi jojoba. Nie było to łatwe ani tanie, ale na kompromisy nie idziemy i ostatecznie na tym wygrywamy — twierdzi Anna Rutkowska-Didiuk.

Żurawiny, ogórki, pomarańcze

Sklep internetowy ruszył w grudniu 2014 r. Otwarcie poprzedziły miesiące badań, rejestracji produktów, szukania nazwy, tworzenia logo i identyfikacji wizualnej. Początkowo właścicielki Mokosh zlecały produkcję zewnętrznym firmom. Po dwóch latach wynajęły budynek w Kazuniu Nowym pod Warszawą, dokąd przeniosły biuro i zorganizowały linię produkcyjną. Powstają tu nie tylko kosmetyki Mokosh, ale i produkty wykonywane na zamówienie innych firm.

— Robimy to doskonale, a przy okazji jesteśmy konkurencyjne dla fabryk, w których trzeba zamawiać duże ilości produktów — przekonuje Anna Rutkowska-Didiuk.

Jako przeciwwaga dla słodkiej żurawiny powstała orzeźwiająca linia: melon z ogórkiem, a także pomarańcza z cynamonem z wynalezionym po długich poszukiwaniach maceratem z kwiatów gorzkiej pomarańczy. Kolor tej linii kosmetyków nadaje naturalny olej z marchewki. — Bardzo nas cieszy komponowanie składników nowego produktu, choć długo trwa. Zazwyczaj kilka miesięcy. Zastanawiamy się nie tylko nad składem produktu, ale też nad tym, kiedy go wprowadzić na rynek, na jaką porę roku będzie najlepszy — mówi Anna Rutkowska-Didiuk.

Podstawowy skład panie Anny projektują same. Ostateczną, produkcyjną recepturę opracowują technolożki. Kosmetyki Mokosh mają roczny termin trwałości od daty produkcji, a po otwarciu zachowują świeżość i właściwości od trzech do sześciu miesięcy. — Produkujemy dokładnie pod zapotrzebowanie klientów lub zależnie od prognoz sprzedaży — od kilkudziesięciu do kilkuset kilogramów masy produktów dziennie, by klienci mieli jak najświeższe kosmetyki i mogli ich jak najdłużej używać — dodaje Anna Rutkowska-Didiuk.

Bezpośrednio i b2b

Kosmetyki sprzedają przez stronę internetową i na targach. — Zabieramy na nie testery, dzięki czemu klienci mogą wypróbować kosmetyki, sprawdzić ich konsystencję, poczuć zapach — twierdzi Anna Rutkowska-Didiuk. Zapachy są dla obu pań szczególnie ważne, dlatego bardzo starannie je wybierają, często sprowadzają z zagranicy kompozycje zapachowe i olejki eteryczne. Dzięki temu ich kosmetyki mają naturalne, delikatne a jednocześnie trwałe aromaty. Targi też wybierają bardzo uważnie, na przykład związane z grupą Slow.

— Lubimy też polskich projektantów i polską modę, dlatego często nasze produkty pojawiają się na targach modowych lub w pop-up store’ach — mówi Anna Rutkowska-Didiuk. Przekonuje, że nie idą na kompromisy, jeśli chodzi o skład kosmetyków. Wybierają składniki dobre jakościowo, a w związku z tym nietanie. — Nie oszczędzamy. Nasi klienci bardzo to doceniają i gdy raz spróbują, wracają po nasze produkty — twierdzi Anna Rutkowska-Didiuk.

Największymi kanałami dystrybucji kosmetyków Mokosh są ekologiczne drogerie i apteki, a także gabinety kosmetyczne i spa w czteroi pięciogwiazdkowych hotelach. Są tam nie tylko sprzedawane, ale też używane do zabiegów. Anna Didiuk, jako kosmetolożka i trenerka technik masażu, odpowiada za przygotowywanie propozycji kosmetyków i ich wykorzystania w rytuałach kosmetycznych, autorskich masażach, kilkuetapowych zabiegach. W siedzibie firmy w Kazuniu Nowym jest sala szkoleniowa z dwoma łóżkami do masażu, gdzie prowadzi szkolenia. Wyróżnia to Mokosh od konkurencji i sprawia, że firma ma już ponad setkę klientów b2b w Polsce, a także we Włoszech, Niemczech, Norwegii i Czechach.

Dobry skład

Na pomysł nazwy właścicielki firmy wpadły pod długich poszukiwaniach. Mokosz jest boginią z mitologii słowiańskiej, związaną z ziemią, plonami, wilgocią, płodnością, urodzajem. Żeby nazwa była zrozumiała dla klientów zagranicznych, zmieniły tylko „z” na „h”. Logo i identyfikację wizualną stworzył ich znajomy Robert Antolak, dyrektor artystyczny w agencji reklamowej, specjalista od brandingu.

Kilkaset tysięcy złotych z oszczędności i kredytu zainwestowały przede wszystkim w produkty: składniki, badania, rejestrację, identyfikację wizualną, opakowania, nadruki na szkle i od razu dużą produkcję u zewnętrznych wykonawców. Potem zainwestowały w siedzibę i linię produkcyjną. Na reklamę pieniędzy już nie starczyło. Z pierwszymi gotowymi produktami jeździły więc na spotkania z właścicielami salonów kosmetycznych, spa, drogerii.

— Jednego dnia umawiałyśmy spotkania przez telefon. Następnego jechałyśmy kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów. I tak od punktu do punktu zbierałyśmy zamówienia — wspomina Anna Didiuk. Z czasem zgłosili się zagraniczni dystrybutorzy. — Klienci polecają nas sobie pocztą pantoflową, wiele osób udostępnia nasze posty w mediach społecznościowych, piszą o nas blogerki — mówi z zadowoleniem Anna Rutkowska-Didiuk.

— A my nadal bardzo intensywnie pracujemy. Jesteśmy też pokorne i bardzo uważnie słuchamy uwag klientów czy to indywidualnych, czy biznesowych. Duża wagę przywiązujemy także do jakości obsługi — dodaje Anna Didiuk. A Anna Rutkowska-Didiuk natychmiast dorzuca, że dobrały również efektywny, lubiący szybko i dużo pracować zespół.

— Oczywiście w ramach zdrowego rozsądku — śmieje się Anna Rutkowska-Didiuk. Ma dwójkę dzieci, ale mimo to wystarcza jej sił i czasu, by robić samodzielnie wszystkie zdjęcia produktowe, lifestylowe i reklamowe Mokosh. Przez lata pracowała w biznesie jako talent menedżer i trener, zajmując się ścieżkami karier pracowników, szkoleniami. To doświadczenie bardzo jej pomogło w tworzeniu firmy, wprowadzaniu jej na rynek, budowaniu zespołu.

— Mokosh to dziś sprawnie działająca firma, zatrudniająca dziewięć osób, która ma też bardzo osobisty charakter — podkreśla Anna Rutkowska-Didiuk.

Kontrahenci są zadowoleni z szybkiego działania, dobrze zbudowanych i skalkulowanych ofert. Klienci chwalą skład produktów i wiedzę, jak ich używać, którą wraz z produktem dostają. Konkurencja Mokosh to dosłownie kilka polskich firm. Spółka z Kazunia wyróżnia się tym, że jako jedyna dostarcza produkty gabinetom kosmetycznym i spa. I tym, że już mniej więcej po roku działalności zaczęła przynosić zyski. Najwyraźniej właścicielkom sprzyja bogini Mokosz. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: AGNIESZKA RODOWICZ

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Dwie Anny i spółka