Dystrybutor i producent spotkają się w sądzie
Dlaczego facet, który wymyślił i doprowadził do finału „Karierę Nikosia Dyzmy”, jest na minusie?
Młody człowiek wpadł na pomysł nakręcenia współczesnej wersji „Kariery Nikodema Dyzmy”. Wtedy nie miał pojęcia, jak. Ale zrobił to! A potem popadł w kłopoty.
Warszawskie Powiśle. Nieciekawe biuro. On w swetrze i ja w swetrze. Narzekamy na polskie kino. Rozumiemy się bez słów. Pogadać jednak trzeba.
— Niech pan zacznie od początku.
Trzy lata musiały minąć, by Michał Balcerzak zrozumiał, że „w tym kraju nie opłaca się być uczciwym”. Jest jakiś milion z hakiem do tyłu. A taki był obrotny... Niby człowiek znikąd i na niczym się nie znał, a namówił do współpracy jednego z największych dystrybutorów filmowych w kraju — Vision Film Distribution Company. I skłonił go do zainwestowania miliona złotych. Potem poszedł do Kredyt Banku po pożyczkę. Dostał 2 mln zł! Dołożył trochę drobnych z własnej kieszeni i za nieco ponad 3 mln zł wyprodukował film. I to jaki... Otwarcie: 97 tys. widzów! Przebił m.in. „Raport mniejszości” Stevena Spielberga i polską tzw. superprodukcję „Chopin — pragnienie miłości” Jerzego Antczaka.
„Karierę Nikosia Dyzmy” obejrzało w naszym kraju ponad 400 tys. widzów. W Stanach i Kanadzie — niemal 30 tys. Film doskonale sprzedał się na kasetach VHS i płytach DVD. Prawa do emisji zakupiła telewizja publiczna. Jednym słowem: bomba! Bomba? To dlaczego facet, który wymyślił i doprowadził do finału tak dochodowy projekt jest na minusie?
Współczesny Dyzma rodził się dwa lata. Tyle ciągnęły się przygotowania. Na potrzeby filmu powołano spółkę Kasa Balcerzak. Główną rolę od początku miał zagrać Cezary Pazura. Scenariusz napisał Tomek Kępski. Spod jego pióra trafił w ręce Pazury.
2 stycznia 2001 r. u Michała Balcerzaka odezwał się telefon.
— Pan Balcerzak? Czarek Pazura... Gratuluję! Przyjmuję rolę. Kiedy zdjęcia?
To wystarczyło. Realizacja filmu trwała pół roku. Michał Balcerzak mówi, że „Dyzma” był największą polską produkcją niezależną. Powstał dzięki jego pieniądzom, pożyczce z Kredyt Banku i funduszom z Vision.
— Bez całowania klamki ministra kultury. Bez wyrywania pieniędzy z kieszeni podatnika — podkreśla dumny z siebie... amator?
Jest amatorem — i nie ukrywa tego. Mówi, że powie mocniej, bym miał o czym pisać. Nie skończył szkoły filmowej. Kilkanaście lat temu zdawał na produkcję filmową w Katowicach. Komisja powiedziała: synku, tu się zmarnujesz, wracaj do Warszawy. Wrócił. Zrobił film i nie tylko utrzymał budżet (3,5 mln zł), ale nawet ściął koszty.
Balcerzak uważa, że zrobił film atrakcyjny komercyjnie.„Nikoś” miał bardzo dobrą frekwencję i to — według producenta — środowisku filmowemu było solą w oku. Twierdzi, że gdyby „Kariera Nikosia Dyzmy” okazała się klapą, pies z kulawą nogą by się jej nie czepił. Artur Patkowski, rzecznik prasowy tego filmu, przed zdjęciami mówił mu:
— Jeżeli poniesiesz porażkę, będziesz miał w tym środowisku samych przyjaciół. Powiedzą: biedny, ambitny chłopiec. Nie udało się — pierwsze śliwki robaczywki. Pomóżmy mu zrobić następny film!
Początkowo Balcerzak chciał zgarnąć pewne pieniądze. Dlatego film miał powstać tylko na potrzeby telewizji. Na wiosnę 2001 r. zarząd TVP zorientował się jednak, że coś nieciekawie u nich z budżetem i wycofał się z rozmów. Negocjacje zakończył też TVN.
W przeddzień zdjęć producent został bez kasy. Nie załamał rąk: zaczął szukać pieniędzy. Uderzał do różnych dystrybutorów. Trafił się po drodze Włodzimierz Otulak, prezes Vision Film Distribution Company. Balcerzak mówi, że „facet zaczynał kiedyś karierę od sprzedaży pirackich kaset wideo na stołecznej Skrze. Ale dziś sprawia wrażenie sensownego — typ „self made mana”. Był jedynym dystrybutorem, który zgodził się rozprowadzać „Nikosia” na warunkach spółki Kas Balcerzak.
— Ojciec mi zawsze mówił: kiedy jesteś biedny, to się nie targuj. Nie targowałem się. Podpisałem z Vision umowę, wynegocjowaną po dwóch miesiącach. Włodek był wściekły. Jakiś chłopiec — nie wiadomo skąd — spierał się z nim o paragrafy. Umowa nie jest może idealna, ale na pewno lepsza niż to, co na początku dostałem: dwie stroniczki, jak na zakup filiżanki — wspomina producent amator.
Świeżo upieczeni partnerzy tylko w Kredyt Banku zyskali zgodę na kredyt. Balcerzak powiedział, że chce 2 mln zł. Dostał. Przede wszystkim dlatego, że projekt był niskobudżetowy. Bankierzy z KB zrecenzowali scenariusz tak, że palce lizać. Do filmu zgłosił akces Cezary Pazura. Ale kredyt wziął się też stąd, że firma Kasa Balcerzak podpisała umowy (inwestycyjną i dystrybucyjną) z Vision: zagwarantowano przychody z filmu. Michał Balcerzak uważa, że przy swojej frekwencji film się zwracał. Kredyt dostał solidne zabezpieczenie: producent podpisał w banku cesję praw autorskich, cesję wierzytelności z tytułu umowy z Otulakiem i weksel in blanco.
— Kredyt Bank zażądał, by Vision poręczyło mi kredyt. Pytam Otulaka: poręczysz? A on: tak, ale daj mi większy udział w zyskach — wspomina Balcerzak. Przystał na warunek. Przyszłe zyski podzielili proporcjonalnie do zaangażowanego kapitału. Balcerzak nie zdradza szczegółów. Nie chce, aby jego wypowiedzi wykorzystano przeciwko niemu.
Pojechałem na Żoliborz, gdzie znajduje się spółka Vision Film Distribution Company. I wszedłem do budynku, który mógłby uchodzić za siedzibę podupadłej spółdzielni mieszkaniowej u schyłku lat 80. W środku: niski strop, ciemne korytarzyki i chyba jeszcze peerelowska, boazeria na ścianach. Salka konferencyjna obwieszona zdjęciami prezesa Włodzimierza Otulaka z ważnymi osobami i wyróżnieniami dla Vision. No i plakatami. Po prawej: wielka „Zemsta”, a po lewej — o wiele większy „Dzień Świra”, na którym gęba faceta jak kaktus wygląda... Wszedł prezes.
— Musi być autoryzacja wypowiedzi... W przypadku pana Michała Balcerzaka muszę się zabezpieczyć przed kolejnymi oszczerstwami. Wszedłem w ten projekt, bo myślałem, że jest ciekawy, że dyzmizm znowu stał się w Polsce powszechny. Nie wiem, co panu naopowiadał...
— Gdyby podsumować, to powiedział, że pan go przekręcił.
— Okłamał pana! Jak mnie cały czas... Pomówienia chce wykorzystać do zerwania umowy. Zapomina, że nie można jej jednostronnie wypowiedzieć — tak ją sformułowaliśmy — denerwuje się prezes Otulak.
I potwierdza, że przekręt jest, ale to Michał Balcerzak kręci! A dlatego, że „Kariera Nikosia Dyzmy” wcale nie okazała się dużym sukcesem. Producent-amator się przeliczył. Chciał zrobić film za — jak to w Stanach mawiają — „other people money”.
— Budżet filmu został określony na 3,5 mln zł. Umowa była taka, że on daje pół miliona, ja wykładam milion, no i kredyt... Albo nigdy tych pieniędzy nie miał, albo nie chciał ich wydać na film. Nie wiem, czy Balcerzak wyłożył jakiekolwiek pieniądze. Ale wiem, że do dziś pozostał z niespłaconymi zobowiązaniami i nie mając z czego ich spłacić, próbuje się wykręcić — opowiada Otulak.
Jego zdaniem Michał Balcerzak nigdy w życiu nie dostałby 2 mln zł z Kredyt Banku. To on, Włodzimierz Otulak wszystko załatwił i poręczył. Bez kredytu Balcerzak nigdy nie zrobiłby filmu. Rzeczywiście: produkcja ruszyła dopiero gdy Kredyt Bank uruchomił pierwszą transzę kredytu.
Michał Balcerzak opowiada, że mieszkał w Nigerii. Tam Anglicy, komentując pracę tubylców, stosowali powiedzenie: „trust and control”. Dobra zasada: wzorem amerykańskich producentów wprowadził jednoosobowy podpis na przelewach bankowych. Tylko on mógł je podpisywać. Nadał też kierownictwu produkcji pełnomocnictwa finansowe do kwoty 20 tys. zł. Każda faktura musiała mieć jego parafkę. Bez niej Kredyt Bank nie miał prawa „puścić” faktury — nawet na złotówkę. Te mechanizmy prowokowały konflikty w ekipie produkcyjnej.
— Być może ekipa się spodziewała, że część pieniędzy zniknie. Ale ten film był produkowany uczciwie! — podkreśla Balcerzak. Do dziś uważa, że miał pełną kontrolę nad finansami i czytelne księgi rachunkowe.
— I Włodek, i bank uważnie przeglądali faktury. Każdy z nas trzymał partnera za rękę — w stylu złapał Kozak Tatarzyna. Ja kontrolowałem produkcję, a oni — mnie. Nie mogłem podłożyć faktury, coś puścić nie tak, defraudować pieniądze — dzieli się wrażeniami Balcerzak.
— Film nigdy nie został rozliczony. W trakcie produkcji mój przedstawiciel nie został dopuszczony do kontroli księgowej. Mieliśmy tylko wgląd w niektóre, niekompletne dokumenty. Po zamknięciu produkcji Balcerzak oświadczył, że miał włamanie i wszystkie dokumenty skradziono — uzupełnia Otulak.
Kiedy skończyły się zdjęcia, Balcerzak zwolnił kierownika produkcji, który ponoć skierował pismo — bez wiedzy producenta — do eksperta bankowego z prośbą o wpłatę do kasy filmu, przekraczającą 20 tys. zł. Kierownik produkcji złamał umowę, podpisaną z Michałem Balcerzakiem. Ekspert z Kredyt Banku podpisał to zobowiązanie i zlecił wypłatę żądanej kwoty — bez podpisu kredytobiorcy.
— Zażądałem, by bank też zwolnił tego pracownika. To był skandal! — mówi zacietrzewiony Balcerzak.
Z jego relacji wynika, że bank tak się tłumaczył: „panie Michale, nic się nie stało, pieniądze trafiły do filmu. Wypadek przy pracy”. Poszkodowany rzekomo wrzasnął wtedy: „A stało się! Nie mieliście prawa tego podpisywać!”. Usłyszała o tym centrala banku i w lutym zwolniono eksperta.
— Wtedy zobaczyli, że nie jestem frajerem, że kontroluję biznes — dolewa oliwy do ognia Balcerzak.
Tuż po montażu, 31 grudnia 2001 roku rozpoczęła się kolaudacja. To o tyle ważne, że Vision miało płacić kolejną transzę swej części budżetu — pokolaudacyjną (rat było siedem).
— Zawsze płaciliśmy zgodnie z umową. Żadnego ataku nie było... Kolaudacji zresztą też — mówi krótko Włodzimierz Otulak.
— Z Vision był problem. Kiedy według umowy mieli mi płacić pieniądze, to zawsze była jakaś ściema — podkreśla Balcerzak — nie frajer przecież.
Podejrzewa, że Vision miało problemy z płynnością — bo niby dlaczego zawsze przeciągali płatności? Po kolaudacji powinno wpłynąć 200 tys. Vision jej jednak nie uznało. To był 7 stycznia 2002 r.
— Tak zakręcili — ironizuje — że przekonali bank, iż to był tylko przegląd pierwszej wersji filmu!
Według Vision, do kolaudacji powinno dojść w lutym 2002 roku. Balcerzak twierdzi, że gdyby tak było, czas między kolaudacją a premierą stałby się zbyt krótki. Niemożliwe stałoby się naniesienie zmian pokolaudacyjnych. Zburzyłoby to też harmonogram prac produkcyjnych, przedstawiony we wniosku kredytowym. Pod protokołem kolaudacyjnym podpisał się montażysta i reżyser. Podczas zamieszania Bromski „wyparł się jednak podpisu i unieważnił kolaudację”. Kredyt Bank przyznał rację dystrybutorowi. To — zdaniem Otulaka — tylko potwierdza jego racje.
— Nie ma zielonego pojęcia o robieniu filmów! Każdy filmowiec dobrze wie, jak i kiedy robi się kolaudację! — dopowiada dystrybutor.
— Stwierdzili, że kolaudacji nie było, a nasz harmonogram jest o kant d... potłuc — irytuje się Balcerzak.
Według niego, Vision zapłaciło zaległą ratę dopiero w połowie lutego. Te przepychanki wydłużyły terminy płatności w produkcji. Producent „Nikosia” musiał się nieźle zwijać — brał coraz więcej pieniędzy z banku, szybciej wykorzystując kredyt.
— Vision chodziło o to, by jak najbardziej wydłużyć termin płatności — by ekipa się zbuntowała i przerwała produkcję, czyli wykazała, że producent — 30-letni chłopiec — jest amatorem i mu nie idzie. A to byłby pretekst, aby Balcerzaka z interesu usunąć — wtedy, kiedy już było wiadomo, że film to sukces — powtarza w kółko młody producent.
Wywołany do odpowiedzi reżyser „Nikosia” Jacek Bromski, prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, wyważonym tonem mówi, że to prawda, iż Balcerzaka uważano na planie filmowym za dyletanta, że ekipa się przeciw niemu buntowała. Ludzie nie mogli znieść jego chamstwa i buty.
— Michał Balcerzak był przez nas traktowany jak ignorant, bo taki jest... Niech świadczy o tym zamieszanie wokół „Dyzmy”. Strasznie nieprzyjemnie traktował ludzi na planie. Wielokrotnie zwracałem mu uwagę, że tak nie można. Nigdy już z nim nie zrobię filmu! — zarzeka się Bromski.
Mimo buntów na planie i finansowych perturbacji produkcja „Nikosia” szczęśliwie dobiegła końca. Po wykonaniu wzorcowej kopii filmu, Vision miało zapłacić ostatnią ratę inwestycyjną. I — według młodego producenta — odmówiło. Ostatnia transza jednak nadeszła — ponoć dlatego, że w przeddzień premiery Balcerzak zagroził, że nie wyda filmu, dziękuje za współpracę i rozwiązuje umowę.
15 marca 2002 roku — na premierze — Vision zaczęło „obcinać” gości, zaproszonych przez Michała Balcerzaka. Dlaczego? Ten twierdzi, że wydrukował swoje zaproszenia, bo dystrybutor nie przydzielił mu żądanej liczby miejsc. Prezes Otulak mówi zaś, że kino z gumy nie jest, a Balcerzak nie wydrukował swoich zaproszeń, tylko po prostu skserował te z Vision. Zapanował potworny bałagan.
— Premiera, powiem panu, stała się sukcesem, ale były olbrzymie nerwy. Niepotrzebnie — uważa Balcerzak.
Mówi, że sukces „Nikosia” okupił potwornym stresem i przepychankami z Otulakiem i jego ludźmi. Całe zamieszanie określa mianem żenady. Otulak nie pozostaje dłużny. Uważa premierę „Dyzmy” za totalną porażkę. Zachowanie Blacerzaka nazywa skandalem towarzyskim.
— Prezes poważnej firmy robił za bramkarza, sprawdzał zaproszenia... Poszedłem do swoich gości i powiedziałem: to żarty, film jest komedią... Obróciłem w żart tę gęstą atmosferę — relacjonuje Balcerzak.
— Przecież on te kserówki wysłał do poważnych ludzi! Wyjątkowy cynizm i złośliwość! Stałem przy wejściu i robiłem dobrą minę do złej gry. W końcu wszyscy zostali wpuszczeni na pokaz. Urządziłem w swoim życiu kilkaset premier i nigdy mi się coś takiego nie zdarzyło... — mówi dotknięty do żywego prezes Vision.
Michał Balcerzak wraca do ostatniej raty inwestycyjnej z Vision. Owszem, wpłynęła na konto filmu, ale — mówi — prezes Otulak wpłacił na konto 85 tys., a miał — 100 tys. Potrącił pieniądze — według Balcerzaka — niezgodnie z umową. Z jakiego tytułu? Ano z takiego, że w aneksie do umowy inwestycyjnej, widniał zapis, że prezes Otulak kupi prawa autorskie do powieści „Kariera Nikodema Dyzmy” od spadkobierców Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Prezes Vision to zrobił. Zdaniem prawników obsługujących spółkę Kasa Balcerzak — niepotrzebnie. Takie były jednak warunki Kredyt Banku.
— Zgodnie z aneksem Prezes Otulak miał te prawa przekazać mnie, a ja miałem mu to zrefundować z budżetu filmu — czyli zwrócić połowę wartości. Nigdy nie nastąpiło pisemne przekazanie tych praw. Nigdy nie widziałem tej umowy — podkreśla Balcerzak.
— Bzdura... Kupiłem te prawa dużo wcześniej, by uniknąć problemów i rozpocząć produkcję. Szkoda, że się nie chwali procesem, który mu wytoczył Witold Orzechowski — odbija piłeczkę Włodzimierz Otulak.
Przypomina, że na początku października 2001 r. Witold Orzechowski producent filmu „Kariery Sebastiana Dyzmy” (który nigdy nie powstał) oskarżył Michała Balcerzaka o zawłaszczenie pomysłu filmu i serialu. Pozwany nie chce do tego wracać, bo — jak mówi — nie ma do czego. Prezes Vision podkreśla jednak, że to właśnie dzięki zakupowi praw autorskich spór o prawa do realizacji filmu został rozstrzygnięty na rzecz „Nikosia”.
— Balcerzak od początku nas okłamywał. W końcu się okazało, że nie ma tych praw... Musiałem je kupić — ucina Otulak.
Wkurzony producent „Nikosia” po bezskutecznych prośbach o zwrot potrącenia, zażądał raportów dystrybucyjnych. Mówi, że pierwszy raport miał dostać w 7 dni od premiery filmu, czyli 21 marca. Wyciąga rękę i pokazuje palcem datę na papierze: 14 maja 2002 r. — wtedy wpłynął do niego inauguracyjny raport z Vision. A na konto filmu w Kredyt Banku nie przelewano żadnych pieniędzy. Balcerzak mówi, że z ust Otulaka usłyszał wtedy: „kiniarze nie płacą, na razie nie ma przychodów, wyluzuj, stary, jesteś nerwowy...”. Kredyt Bank też prezentował taki punkt widzenia. Bankowcy powiedzieli, że jest w gorącej wodzie kąpany, za młody, nie zna rynku filmowego, a polska gospodarka cierpi na zatory płatnicze.
— Mówię do nich: kochani, przecież to mój kredyt, ale też wasze pieniądze, wasz interes... Usłyszałem: „Nie, panie Michale, to pana interes. Nas interesuje tylko spłata kredytu”. A ja: „Ale czym mam spłacać, skoro dystrybutor nie wpłaca mi pieniędzy?”. Odpowiedź: „To pana problem” — wspomina Michał Balcerzak.
Z jego opowieści wynika, że Vision nie wpłacało żadnych kwot przez dwa miesiące po premierze „Nikosia”. Dopiero w maju, kiedy wszedł już w odsetki karne od niespłacanego kredytu, pojawiły się na koncie pierwsze pieniądze — wpłaty po 200-300 tys. zł. Nie był o tym w ogóle informowany. Nagle okazało się także, że duże pieniądze jednak są — ale nie na koncie „Nikosia” w Kredyt Banku, lecz na koncie Vision w Amerbanku!
Michał Balcerzak pokazuje pismo z Vision do Kredyt Banku: „Część kin pomimo wyraźnej instrukcji na fakturze o wpłatach na konto w VIII Oddziale Kredyt Banku, dokonała przelewów na konto w Amerbanku. Była to kwota wysokości 827 tys. zł. Pieniądze te zatrzymaliśmy jako część z tytułu wydatków na dystrybucję filmu. Pozostałą kwotę wyrównującą zwrot kosztów potrąciliśmy z wpływów, które zostały wpłacone na konto państwa oddziału”.
Zaprzecza temu Włodzimierz Otulak. Twierdzi, że — na szczęście — też na wszystko ma dokumenty. Twierdzi, że informował o wszystkim firmę Kasa Balcerzak na bieżąco — wysłał raporty i tak dalej. Mówi, że pomyłka przy wpłacie oczywiście była, ale nie na tak dużą kwotę.
— To były drobne sumy — fakt bez znaczenia. Te kwoty nie pokrywały naszego udziału we wpływach z filmu, więc nie naruszało to interesu pana Michała Balcerzaka. Wszystkie wpływy z dystrybucji zostały rozliczone zgodnie z umową — zaznacza Otulak.
Michał Balcerzak zaprzecza: takiego rozliczenia nie było mu dane zobaczyć.
Zarzutów, obelg i przytyków ze strony obu panów można przytaczać bez liku. Im głębiej w las, tym ciemniej. W grę wchodzą bowiem m.in. prawa do: dystrybucji „Kariery Nikosia Dyzmy” poza granicami Polski, rozprowadzania filmu na kasetach VHS i płytach DVD oraz sprzedaży tego tytułu telewizji. Obie strony sporu posiadają jedynie słuszne dokumenty potwierdzające ich racje.
Michał Balcerzak całą odpowiedzialność za swą porażkę zrzuca na konto Kredyt Banku. Jego zdaniem Stanisław Pacuk, prezes Kredyt Banku od początku całego przedsięwzięcia był w zmowie z Włodzimierzem Otulakiem.
31 lipca 2002 roku minął termin spłaty kredytu na „Dyzmę”. Balcerzak nie uczynił tego w terminie. 9 sierpnia odstąpił od umowy z Vision, a 13 tego miesiąca wysłał pismo do Kredyt Banku — jak mówi — z harmonogramem spłaty należności. Znalazł nowego dystrybutora: ITI Cinema. Ale to była podobno musztarda po obiedzie. 21 sierpnia Kredyt Bank przysłał do producenta pismo, że sprawa już nieaktualna, gdyż część kredytu, która pozostała do spłacenia (około 1,2 mln zł) uregulowała firma Vision.
Poręczyciel otrzymał w zamian zabezpieczenia kredytu złożone przez Balcerzaka — czyli cesję praw autorskich i weksel. Zdaniem kredytobiorcy i bank, i Vision działali bezprawnie. Złożył w warszawskiej prokuraturze doniesienie o przestępstwie, a potem skierował sprawę do sądu. I kredytodawcy, i dystrybutorowi zarzuca matactwo.
Włodzimierz Otulak twierdzi, że Balcerzak jest mu winien ponad milion złotych. Wystąpił z powództwem wzajemnym i zawiadomił prokuraturę o popełnieniu przestępstwa przez Michała Balcerzaka: obwinia go o wyłudzenie. Kredyt Bank — poza zdawkowym oświadczeniem, które nam przesłał — milczy. Prezes Vision mówi: nic w tym dziwnego, bo to podmiot logiczny, który z natury rzeczy stroni od śmierdzących spraw. A ta rzeczywiście śmierdzi — i to coraz bardziej.
Przeciwnicy wymieniają ciosy poniżej pasa z zapamiętaniem. Obrzucili się błotem na tegorocznym Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni. Potem konflikt przenieśli do Internetu. Urządzili pisemną pyskówkę w serwisie stopklatka. pl. Michał Balcerzak: „posiłkowanie się przez [Vision] pismami z Kredyt Banku S.A. o przekazaniu czy nabyciu praw autorskich do filmu jest manipulacją i nadużyciem mającym na celu nielegalną eksploatację filmu (...)”. Włodzimierz Otulak: „pan Balcerzak nie posiada obecnie jakiegokolwiek tytułu do dysponowania i rozporządzania prawami do filmu”.
I jadą z tym koksem dalej...
— Wiadomo, że Balcerzak ma złośliwy charakter. To niewątpliwie pierwsza tego typu sprawa w naszym środowisku, która znajdzie finał w sądzie. Lepiej milczeć i nie dawać się wciągać w jego gierki. Niepokoi mnie sytuacja Kredyt Banku... Nie sądzę, by z premedytacją wdawał się w jakieś drobne oszustwa — mówi rzecznik prasowy jednego z największych producentów filmowych w Polsce.
Po drugiej stronie barykady, czyli w świecie czysto inwestycyjnym (nie związanym bezpośrednio z biznesem filmowym), też uprasza się o anonimowość w przypadku nowego wcielenia Nikodema Dyzmy.
— Balcerzak święty nie jest, ale został zrobiony w konia. Żeby bank działał przeciw klientowi? No to są jaja! — uważa przedstawiciel pewnego domu maklerskiego.
