Dla jednych kolekcjonerstwo jest tylko przygodą ze sztuką, dla innych kultywowaniem tradycji rodzinnych, gdzie budowanie kolekcji należy do obowiązku kolejnych pokoleń. Tak twierdzi Iwona Büchner, właścicielka galerii, domu aukcyjnego, kolekcjonerka dzieł sztuki.
Sztuka to dobry interes?
Iwona Büchner: Sprzedaż dzieł sztuki jest nie tylko biznesem, ale i przywilejem. Kolekcjonerstwo to, bądź co bądź, bardzo elitarne hobby. Proszę pamiętać, że dzieła sztuki powstawały na przestrzeni wieków i nie każda rzecz może się poszczycić takim mianem. Malarstwo, które jest mi szczególnie bliskie, nie jest produkcją masową. Dlatego handlu sztuką nie można porównać ze sprzedażą samochodów, chyba że zabytkowych.
Jak zaczęła się Pani działalność na tym rynku?
I.B.: To było 12 lat temu. Właśnie wtedy polski rynek antykwaryczny zaczynał nabierać kształtów. Powstawały nowe galerie i domy aukcyjne. Pierwsze aukcje miały bardzo spektakularny charakter. Pojawiały się wspaniałe obrazy i zaborczy wręcz klienci. Atmosfera podczas licytacji była bardzo gorąca. Padały sumy, które niejednego przyprawiłyby o zawrót głowy. To był początek wielkich, znakomitych kolekcji. A skala możliwości finansowych nabywców zwiększała się z roku na rok.
To był dobry okres dla rynku sztuki?
I.B.: Tak. Początek hossy przypada na rok 1989, kiedy inflacja rosła, czyniąc inwestowanie w sztukę bardzo atrakcyjnym. Stopniowy wzrost zainteresowania malarstwem osiągnął apogeum w 1996 roku, ceny obrazów zaczęły przekraczać 100 tys. zł. Rekordem była sprzedaż obrazu Jacka Malczewskiego „Thanatos” za sumę 420 tys. zł. Po wielkich sukcesach w tym samym roku nadszedł czas stagnacji spowodowanej niestabilną sytuacją finansową inwestorów. Ceny rosły, choć w dużo wolniejszym tempie. Zainteresowanie sztuką wzrosło ponownie w 1998 roku. Następne lata znów przyniosły nam sukcesy i rekordowe notowania. Tak naprawdę najważniejszy był dla mnie rok 2000. Wielkimi wydarzeniami były: trzykrotne pobicie rekordu sprzedaży i aukcja obrazów z kolekcji Wojciecha Fibaka.
Już w marcu na mojej aukcji odnotowano rekordową sprzedaż obrazu artysty z kręgu Ecole de Paris. Obraz Eugeniusza Zaka „Lutnista” osiągnął zawrotną cenę 1400 tys. zł i wydawało się, że nic nie jest w stanie przebić tego sukcesu. Ale już w kilka miesięcy później, w maju, „Polonia” Jacka Malczewskiego osiągnęła cenę1600 tys. zł. Właściwie, po takich sukcesach wydawałoby się, że można spocząć na laurach, lecz konkurencja na rynku pobudza do działania. Dlatego grudniowa aukcja, najważniejsza w roku, nie mogła być gorsza od pozostałych. Wielkim szczęściem dla mnie było to, że obraz Henryka Siemiradzkiego „Rozbitek” trafił właśnie do Polswiss Art. To ten obraz przyniósł mi kolejny, nie pobity do tej pory, rekord cenowy w historii polskiego rynku aukcyjnego. Osiągnął podczas licytacji zawrotną cenę 2130 tys. zł.
Czym różni się polski rynek sztuki od zachodnich?
I.B.: Rynek aukcyjny w Polsce jest bardzo specyficzny. Nie możemy się w żaden sposób równać z Europą i resztą świata. Nie jesteśmy w stanie dorównać takim potęgom, jak Christie’s czy Sotheby’s. Przede wszystkim ze względu na brak tradycji handlu sztuką oraz możliwości finansowe naszego społeczeństwa. Co prawda, nasze przedwojenne salony zajmujące się wystawianiem dzieł sztuki miały dobrą renomę wśród kolekcjonerów, ale po wojnie to się zmieniło. Przez dziesięciolecia monopol na sprzedaż dzieł sztuki miała Desa. Dużym wzięciem cieszyli się tak zwani prywatni dostawcy. I chociaż transakcje bez rachunków wiązały się często z brakiem gwarancji i odpowiedzialności za autentyczność dzieł, były jednak niezwykle popularne wśród początkujących miłośników sztuki. Za te błędy kolekcjonerzy płacą dzisiaj, kiedy po latach chcą sprzedać obraz i okazuje się, że jest on jedynie sprawnie spreparowaną kopią lub falsyfikatem. Dlatego też właściwy handel sztuką powinien być rzetelny i profesjonalny.
Na szczęście w latach 90. rozpoczął się proces tworzenia polskiego rynku antykwarycznego na nowo. Powstały domy aukcyjne, które współpracują z wykwalifikowanymi ekspertami, ludźmi w pełni odpowiedzialnymi za swoje opinie.
A jak obecnie spowolnienie gospodarcze wpłynęło na rynek sztuki?
I.B.: Na początku roku nic nie wskazywało na takie zachwianie cen, jakie miało miejsce w drugiej jego połowie. Jeszcze majowa aukcja przyniosła nam świetne wyniki, ale już po wakacjach ceny zaczęły powoli spadać. Z drugiej strony ta właśnie sytuacja przysporzyła nam wielu nowych klientów, dla których był to sygnał do robienia w miarę atrakcyjnych zakupów. Można powiedzieć, że jest to stała tendencja na rynku antykwarycznym. Ludzie wycofują pieniądze z lokat bankowych i kierują swoje zainteresowania ku dziełom sztuki, gdyż te nigdy nie tracą na wartości.
Lokują kapitał...?
I.B.: Ale tylko w długim dystansie czasowym. Kupienie wyjątkowego dzieła sztuki za bardzo dużą sumę pieniędzy jest zawsze inwestycją trafioną, ponieważ za kilka lat będzie ono droższe. Cała historia powojennego rynku antykwarycznego w Polsce potwierdza to, co mówię.
Co można znaleźć w Pani galerii?
I.B.: Od samego początku promuję malarstwo z kręgu Ecole de Paris i bardzo mnie cieszy wzrost zainteresowania nim. Obecność malarzy kręgu paryskiego nie wyklucza jednak sprzedawania prac innych artystów. Doceniam doniosłą rolę malarstwa historycznego i realistycznego. Reprezentują je na moich aukcjach dzieła Piotra Michałowskiego, braci Gierymskich, Jana Styki, Kossaków czy malarzy z kręgu monachijskiego, jak Józef Brandt, Alfred Wierusz-Kowalski, Władysław Czachórski. W związku z coraz większym zainteresowaniem sztuką współczesną, poszerzam ofertę galerii zarówno o klasykę awangardy, jak i młodszych artystów, których twórczość zasługuje na uwagę.
Jakie nazwiska ze sztuki powojennej liczą się obecnie?
I.B.: Nowosielski, Kantor, Fangor, Brzozowski. Powiedziałam o czołówce. Ale sprzedaję też na aukcjach obrazy zdolnych, młodych malarzy.
A jakie są tendencje na rodzimym rynku sztuki? Czyje dzieła są najdroższe teraz, a czyje będą drogie już wkrótce?
I.B.: Kilka lat temu dużym zainteresowaniem cieszyły się płótna Kossaków. Oczywiście, najwyżej ceniony był Juliusz, w dalszej kolejności Wojciech i, co zrozumiałe ze względu na warsztat, Jerzy Kossak. Do niedawna astronomiczne ceny osiągały prace monachijczyków. Sukcesywnie rośnie zainteresowanie malarstwem dwudziestolecia międzywojennego i Ecole de Paris. Takich artystów, jak Zak, Menkes, Kramsztyk. Ostatnio dużym wzięciem cieszy się sztuka użytkowa w stylu Art Déco. Coraz silniej na pierwszy plan wybijają się prace Nowosielskiego i Kantora. Już nikogo nie dziwią wysokie ceny za obrazy współczesne.
Kto w Polsce handluje sztuką?
I.B.: Oczywiście oprócz koncesjonowanych salonów, galerii i domów aukcyjnych istnieje grupa niezrzeszonych „marchandów”. Ale właściwy handel sztuką powinien się opierać na profesjonalistach i na pasjonatach. Jesteśmy bardzo często doradcami finansowymi. Próbujemy zaproponować możliwie jak najszersze spektrum, aby wskazać właściwą drogę rozwoju kolekcji. Naszych klientów traktujemy w sposób szczególny tak, by czuli się wyjątkowo i aby nie wątpili, że decydując się na zakupy u nas postąpili właściwie.
Pani też kolekcjonuje dzieła sztuki?
I. B.: Moja miłość do malarstwa trwa już długo. Kupuję obrazy od 15 lat. Dzieła sztuki, wyroby rzemiosła artystycznego, srebra, dywany stwarzają niepowtarzalny klimat, charakteryzujący właściciela domu. A co chyba najważniejsze, dają tak wiele satysfakcji dla oka i pozwalają unieść się poza ramy świata rzeczywistego. Od samego początku podobało mi się malarstwo z kręgu Ecole de Paris, w szczególności płótna Zaka. Lubię także innych artystów z polskiego dwudziestolecia międzywojennego, a ostatnio urzekło mnie malarstwo Jarosława Modzelewskiego. Mam wielki szacunek dla malarstwa Jacka Malczewskiego. Nikomu nie udało się zawrzeć tylu symbolicznych treści, używając przy tym tak nowatorskich rozwiązań malarskich.
Co decyduje o tym, że jakąś pracę uznaje się za dzieło sztuki?
I.B.: Dziełem sztuki jest rzecz, koło której nie można przejść obojętnie, która porusza. Być może nie zgodzą się ze mną krytycy. Także opinie krytyków i szeroka akceptacja społeczna powoduje, że coś jest uznawane za dzieło sztuki.
A gdyby mogła Pani mieć każdy obraz, który by Pani wybrała?
I.B.: Jeszcze kiedy byłam na studiach, marzyłam, żeby mieć obraz Modiglianiego, jego słynny „Akt leżącej kobiety”, który uwielbiam i w którym zawiera się wszystko, co w malarstwie lubię.
Z Iwoną Büchner, właścicielką Domu Aukcyjnego Polswiss Art rozmawiał Bartosz Hanus