Dzień smutnej prawdy na GPW

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2008-06-10 17:44

Trudno znaleźć odpowiedź na pytanie, czym warszawska giełda zasłużyła na swój obecny, godny pożałowania los.

Kara bowiem wydaje się nieproporcjonalna do winy. Skala wzrostu na GPW podczas czterech lat hossy nie była większa od średniej dla młodych rynków. Wyceny akcji nie oddaliły się w tym czasie fundamentów tak bardzo jak np. w Chinach, a parametry gospodarki były i nadal są przyzwoite, szczególnie na tle regionu. Mimo to warszawskie wskaźniki straszyły dzisiaj największym w Europie spadkiem, a inwestorzy uciekali z parkietu w popłochu.

Nie pomogło spokojne zakończenie sesji na Wall Street, gdzie wbrew obawom nie doszło do żadnego czarnego poniedziałku, a dwa główne giełdowe indeksy giełdy zdołały wzrosnąć. Poziom negatywnych emocji był jednak w Warszawie już zbyt wysoki, by na rynek mogła wrócić równowaga. Można było odnieść wrażenie, że coraz bliższe styczniowe minima wręcz przyciągały indeksy, zamiast mobilizować popyt do ich obrony.

Drugi raz z rzędu  indeksy zaczęły dzień od pokaźnej luki bessy, tracąc już na wstępie ponad 1,5 proc. Wyprzedaży sprzyjały kiepskie nastroje na głównych rynkach Europy, gdzie z niepokojem obserwowano reakcję rynku terminowego na nocną wypowiedź Bena Bernanke. Szef Rezerwy Federalnej wyraził zaniepokojenie możliwością wzrostu oczekiwań inflacyjnych i zasugerował gotowość do zaostrzenia polityki monetarnej w razie potrzeby. Perspektywa choćby bardzo odległej w czasie podwyżki stóp procentowych wystraszyła rynki. Wizja połączenia wyższej inflacji, gospodarczej stagnacji i droższego pieniądza podziałała na wyobraźnię europejskich inwestorów, którzy woleli się pozbywać mniej atrakcyjnych w takich okolicznościach akcji. Na dodatek giełda w Szanghaju straszyła ponad 8 proc. przeceną po zwiększeniu poziomu rezerw obowiązkowych dla tamtejszych banków w celu stłumienia boomu kredytowego.

Wkrótce po otwarciu warszawskiego rynku okazało się, że energia podaży skupiła się w początkowym spadkowym impulsie, gdyż rynek wszedł szybko w konsolidację. Obroty pozostawały na niskim poziomie, co dawało nadzieję na zakończenie przeceny. Spadały notowania ropy, dzięki czemu rynki zagraniczne odrobiły część porannych strat. Wystarczyło jednak odwrócenie trendu na rynku surowcowym, by notowania w Europie znowu poszły w dół, a GPW weszła w fazę swobodnego spadania. Gracze skapitulowali i pozbywali się papierów po coraz niższych cenach. Zapachniało paniką, a indeksy traciły znacznie ponad 3 proc. Wraz z poziomem strachu rosły co gorsza obroty.

W dniu, kiedy ponad 80 proc. spółek straciło na wartości, nie mógł udać się giełdowy debiut Grupy Kościuszko. Prawa do akcji spółki  straciły na otwarciu 1,7 proc., a dzień zakończyły ponad 8 proc. poniżej ceny emisyjnej. Wśród nielicznych firm zyskujących znalazła się Telekomunikacja, dzięki której spadek Wig20 został nieco zamortyzowany. Indeksowi pomogła także relatywnie dobra postawa PKO BP - bankowy gigant stracił tylko 1,3 proc. To jednak nie wystarczyło, by zneutralizować negatywny wpływ tąpnięcia kursów spółek surowcowych – KGHM i PKN, które straciły odpowiednio ponad 4 i 5 proc. Outsiderem wśród blue chipów był Polimex Mostostal, wstrzymany dzisiaj na chwilę  po publikacji raportu w trakcie sesji.

Wig20 stracił 2,8 proc. i zamknął się na poziomie marcowego dołka. Z kolei indeks mWig40 zakończył dzień najniżej w tym roku i w trakcie sesji niemal dotknął sesyjnego minimum ze stycznia. Obroty znacznie wzrosły i osiągnęły poziom 1,4 mld zł.

Rynek znajduje się na krawędzi załamania technicznego, a inwestorzy – psychicznego. Tak kombinacja sprzyja często rynkowemu przesileniu. Dzisiejsza ucieczka od akcji nosiła znamiona kapitulacji, ale trudno na razie orzec, czy została już osiągnięta ostateczna granica bólu. Jeśli rynki zagraniczne utrzymają równowagę, jest na to spora szansa. W innym wypadku będzie niestety jeszcze taniej. Na razie awersja do akcji jest przemożna, o czym świadczy choćby niemożność zabrania przez jedno z TFI zaledwie 4 mln. zł. na otwarcie funduszu spółek sektora budowlanego. Mści się niestety duży jak na europejskie standardy udział  - pośredni lub bezpośredni - inwestorów indywidualnych w obrotach. Ten filar rynku jest niestety zwykle najsłabszy, czego skutki widać teraz gołym okiem.

Piątkowy spadek w USA przekroczył 3 proc. W ciągu ostatnich 10 lat tydzień następujący po takim dniu kończył się przeciętnym zyskiem w wysokości 0,8 proc. Największy spadek wyniósł blisko 6 proc., a największa zwyżka sięgnęła 8 proc. Na razie wbrew wcześniejszym wskazaniom kontraktów amerykański rynek broni się całkiem nieźle. Pomaga mu nieco taniejąca ropa, ale to za mało, by na dłużej poprawić sytuację. Niepewność co do inflacji, wyników spółek i kierunku stóp procentowych jest zbyt duża, by można było liczyć w najbliższym czasie na powrót wzrostów